<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410</id><updated>2011-09-05T14:14:53.882+02:00</updated><title type='text'>Pod Archaniołem</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>41</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-112220372236952537</id><published>2005-07-24T13:13:00.000+02:00</published><updated>2005-07-24T13:15:22.376+02:00</updated><title type='text'>Pozdrowienia z Basenu Aniola</title><content type='html'>&lt;a href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/imm029_301.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/320/imm029_301.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-112220372236952537?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/112220372236952537/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=112220372236952537' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/112220372236952537'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/112220372236952537'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/07/pozdrowienia-z-basenu-aniola.html' title='Pozdrowienia z Basenu Aniola'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-112193943294534438</id><published>2005-07-19T20:49:00.000+02:00</published><updated>2005-07-21T11:50:32.950+02:00</updated><title type='text'>Dwuoki koń</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziadek Paweł wyleczył jednookiego konia. Zdecydowanymi palcami. Ciepłą dłonią. Cierpliwością. I szemraniem gwarem berneńskim z okolic Wysokiego Aargau. Włosy grzywki zaczęły wypadać. Skóra nad ruchliwą gałką oczną wypłowiała i zrobiła się szorstka. Paweł codziennie smarował to miejsce łojem jeleni. W taki sposób zapobiegał uszkodzeniu naczyń wieńcowych. Czoło koni nie może pęknąć. Żyłki nie powinni wykrwawić. Skóra musi się usunąć. I po pierwsze zrobić miejsce kolczastym rzęsom końskim. Kiedy zjawiła się wilgotna gałka, zagadkowe ciemnobrunatne drugie oko, wystraszony koń kopnął tylną nogą i pędził galopem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwuoki koń robi dzikie skoki. Świat się rozszerzył dla niego jak dolny płat skóry czołowej. Jest nieposkromiony, bezwzględny i płochliwy. Ciągle zrzuca starego opiekunka. Koń dwuoki jest niewdzięczny i zdziwiony. Odkąd więcej widzi, mniej słyszy. Już nie mogę wymagać od Pawła porannych przejażdżek. Koń lęka się teraz wszystkich niespodzianek, wszystko jedno, od której strony się zjawiają. Czy  od prawej lub od lewej. Mój dziadek ma chory kręgosłup. Wycierpiały się błogosławiające siły jego rąk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Świat jest jak książka i posiada więcej niż dwie strony. Mój koń przeprowadził się. Niecierpliwie uderza kopytami w nowej zagrodzie w Schönefeld. Sonja donosi, że pola są już sprzątnięte i że jest gdzie jeździć kłusem. Ale że pozostałe konie, mimo że pochodzą z Islandii, Irlandii, Tyrolu, Rosji, z Polski i ze wszystkich niemieckich landów, traktują przybyłego ze złośliwą rezerwą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A dlaczego konie mieliby mieć lepiej od nas? Życie jest sprawą czysto językową. Dwuoki koń musi się teraz nauczyć rżeć w chórze. A ja muszę się nauczyć jeździć na nim. I muszę leczyć złamane kości dziadka. Wczoraj sprzedawczyni w piekarni mnie pytała, skąd ja jestem. Od sześciu lat kupuję tu codzienny mój chleb. Mówię zadumana. Nie ma konkurencji. Ani uczciwej, ani nieuczciwej. Z Bawarii? Śmieje się, w najlepszym humorze od samego rana. Bo za ladą stoi tłum ludzi głodnych. Czekają na śniadanie. Świeże bułki, tak zwane w Berlinie „Schrippen“ wypadają z piecyka. Są takie gorące, że torebki papierowe, do których sprzedawczyni je wsuwa, spalają się natychmiast na popiół. Od niedawna musimy prosić o „Spitzbrötchen“ (bułki spiczaste). W piekarni bezkonkurencyjnej. W dawnym mieście nazwanym po królowej Luizy. Roi się od przybyłych. A czy umieramy tu z głody albo nie – to zależy tylko i wyłącznie od sposobu wymawiania pojedynczych słów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwuoki koń przybył do Schönefeld. Dziadek w Pennsylvania musi nabrać otuchy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-112193943294534438?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/112193943294534438/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=112193943294534438' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/112193943294534438'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/112193943294534438'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/07/dwuoki-ko.html' title='Dwuoki koń'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-112168508737576129</id><published>2005-07-14T13:09:00.000+02:00</published><updated>2005-07-18T13:11:27.383+02:00</updated><title type='text'>Przechadzka po plażach</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Berlin zbudowany jest na piaskach. Na lotnych piaskach brandenburskich. W Berlinie nie ma twardego gruntu. Berlin jest miastem otwartym i obfitującym w plaże naturalne. W wody stojące i płynące. W naturalne bary plażowe i jeziora, które można przepływać kraulem lub statkiem. Zaczynając od Wielkiego Wannsee i Wielkiego Müggelsee na południu miasta aż do Plötzensee (Jeziora Płoci), Weißen See (Jeziora Białego), Schäfersee (Jeziora Pasterza) , Waldsee (Jeziora Lasu), Heiligensee (Jeziora Świętego), Hubertussee (Jeziora Huberta), Malchower See (Jeziora Malchowskiego), Laßzinssee (Jeziora Laßzins), Jeziora Arkenberge i jak one się tam wszystkie nazywają. Wszędzie na brzegach ludzie zanurzają stopy w miękkim piasku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aczkolwiek przywieziono tego lata paręset ton piasku do historycznego centrum Berlina. Nasypano go na wysokość półtora metra na pustym placu przed skażonym azbestem Pałacem byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Akurat w tym miejscu odbyć miały się tegoroczne mistrzostwa piłki w siatkówce plażowej. Z widokiem na Katedrę Berlińską, na Lustgarten, na fontannę (no proszę, nawet woda), na Stare Muzeum, na jeden lub dwa autentyczne kościoły Schinkela i na niezniszczalną fasadę budynku reprezentacyjnego w stolicy państwa, które przestało istnieć. Dookoła szaleje komunikacja miejska i ruch prywatnych samochodów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Modne stało się zrzucanie latem całych ciężarówek piasku do prawie wszystkich europejskich stolic. Podczas wielkich ferii troskliwi burmistrzowie zamykają wielopasmowe magistrale miejskie w centrum, oczywiście tylko odcinki położone nad rzeką, i budują dla tych, którzy zostali w domu, kilometrowe plaże z prawdziwego piasku nadmorskiego. Jest tam wszystko, co potrzebne: leżaki, hamaki, huśtawki, parasolki przeciwsłoneczne, studnie z wodą naturalną do picia, natryski, kilkunastometrowe dysze rozpylające, plac zabaw, ściana do wspinania się, paski na Boccia, pole na Boule, promenady, aleje pocałunków, bary Cahpirinha, piasek i palmy. W taki sposób przekształciła się w Paryżu autostrada miejska „Georges Pompidou“ po prawej stronie Sekwany, naprzeciwko Ile-de-la-Cité, w 3,5 kilometrową „Paris Plage“. W Brukseli plaża miejska nad Senne nazywa się lapidarnie „Bruxelles les bains“. W Pradze dowożą piasek na brzeg Wełtawy do południowo zachodniej dzielnicy Smichov. Wiedeń posiada na Wyspie Dunaju najdłuższą naturalną plażę miejską (42 kilometry) wśród wszystkich metropolii europejskich. Oprócz tego nad Starym Dunajem jest jeszcze dodatkowo sporo kilometrów specjalnie dla nudystów. Rzym na skromnych 180 metrach długości i 6 metrach szerokości zasypuje piaskiem rzecznym brzeg Tybru za Piazza Navona, po prawej i lewej stronie mostu „Ponte Umberto I.“ I tak dalej. I tym podobnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ludzie z prawdziwych krajów południowych pękają ze śmiechu. Ich rzeki latem całkowicie wysychają. A przerwy obiadowe wolą spędzić za zasłoniętymi oknami. Badacze środowiska ostrzegają przed turbulencjami w solarnym polu magnetycznym i ziemskimi dziurami w warstwie ozonu. A dermatolodzy doszli do wniosku, że prawie wszystkie mleczka do ochrony skóry przed słońcem są szkodliwe. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Berlińczyków nic to nie obchodzi. Miasto nie może sobie pozwolić na wydatki w wysokości kilku milionów tylko i wyłącznie na piasek sypki. I życie plażowe unormowane przepisami takimi jak godziny otwarcia, wstęp, bariery, płoty, kontrole torb plażowych, parawany, zakaz sprzedawania napojów w butelkach szklanych i koncerty wieczorne nie ma tu szansy. Parę wiader piasku – i już mamy pod oknami siedziby kanclerza nową plażę miejską „Bundespressestrand“. Wiadomo, że kto tam siedzi pod parasolem z gołym brzuchem, nie nosi plecaka z materiałem wybuchowym. O tym już wiedzieli architekci trującego pałacu dawnej Republiki, że golasy w tym kraju są bardziej nieszkodliwe niż ludzie w krawatach. I tak rozpleniły się na piaskach brandenburskich jak pokrzywa Beach Bary i Playa Paradysy - King Kameamea, Cocktailfactory Bezczasu, Oranke Orange, Karma Beach, Heinz Minki, Bar Europy na Plaży Wschodniej, Pływak Wolny i inne, których nie sposób spamiętać. Kiedyś (w zeszłym roku albo dwa lata temu) było jeszcze tak, że jeśli w barze plażowym Mitte (Strandbar Mitte) już nie było wolnego leżaka, to się stamtąd wychodziło. Bo mają komplet. Dziś, nie troszcząc się o nic, siadamy na piasku, na suchej trawie, na twardych kamieniach przy brzegu. Nowe powstające bary plażowe pachną jak pastwisko alpejskie. Nie znają przymusu konsumpcji. Ani przymusu zajęcia leżaka, albo wolnego miejsca przy stole. Można się „samo-obsłużyć” przy różnych barach. Albo przywieźć własne piwo. Obchodzić urodziny dziecka. Kroić torty urodzinowe. Smażyć świnię. Piasek gdzieś tam jeszcze leży, ale nie jest on już obowiązkowy dla tego w Berlinie typowego, rozluźniającego poczucia „zanurzania stopy w miękkim piasku“. W Kiki Blofeld przy ulicy prowadzącej do Köpenick (Köpenicker Straße) za warsztatem samochodowym wiszą na drzewach żyrandole z kryształu. Stoją ciężkie stylowe meble nad dachem garażu dla statków. A na dole można, w razie deszczu, i jeśli poziom wody Szprewy nie jest za wysoki, tonąć w miękkich fotelach pluszowych lub spacerować po czerwonym dywanie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-112168508737576129?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/112168508737576129/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=112168508737576129' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/112168508737576129'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/112168508737576129'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/07/przechadzka-po-plaach.html' title='Przechadzka po plażach'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-112066369676337171</id><published>2005-07-04T20:26:00.000+02:00</published><updated>2005-07-06T17:28:16.776+02:00</updated><title type='text'>Jednowymiarowe Ja</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka dni spędziłam w Stralsundzie. Pływałam w Bałtyku, czyli właśnie w Sundzie. Skóra przedramion przybrała niewinny kolor złota. Rano ćwiczyłam Tai Chi na plaży. Teraz, po powrocie znajduje na biurku stare pytanie W. Nakreślone niedbale na podkładkę do pisania. Najprawdopodobniej podczas nocnej rozmowy telefonicznej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasza wymiana myśli w sposób naturalny jest zaburzona, ponieważ często nie widujemy się przez dwa, trzy tygodnie, a potem jesteśmy razem 5 dni i noce. Łatwo więc stracimy głowę. I czasami zapominamy rzeczy najważniejszych. Jak kluczy do mieszkania. Kart kredytowych. Lub pingwinów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedyś, chyba z jakiejś konferencji, z pokoju hotelowego lub lotniska tego świata, W. zadzwonił w nocy i bardzo był podniecony, ponieważ akurat w tamtym mrocznym momencie zrozumiał, że język angielski ma dwa wyrazy na określenie „ja“: „I“ i „me“. Że angielski ja jest wielowymiarowe. W przeciwieństwie do niemieckiego ja. Które zawsze gra na jednej tylko nucie. Że angielskim „I“ mówi się raczej z głębi duszy lub ciała, natomiast „me“ raczej z powierzchowności. Cokolwiek to ma znaczyć. Uzewnętrznione. Abstrakcyjne. Ja. Z dystansu. Pojmowane. Uprzejme. Ja. Wyobcowane. „It’s me“. Jestem. Ale: nie ma mnie. Oddalenie się od samego siebie. I nadal mieć na myśli i na końcu języka „ja“. Co ja wiem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W. chciał wtedy – kiedy to właściwie było? – w swojej euforii podczas nocy pełni, wiedzieć ode mnie, czy istnieje jakiś odpowiednik na „I“ i „me“ w języku niemieckim. Rozkładana wypowiedź własnego ja. Twórcza perspektywa własnego ja. Ja jako przestrzeń. Wielowymiarową. Z rogami i kątami. Ostrymi i spiczastymi. Albo w języku polskim. Lub w którymkolwiek języku, który znam. Byłam zaskoczona. Wyrwana z własnych myśli nocnych. Pewnie bywałam znowu w Japonii. Napewno spacerowałam po nocnym Tsukuba. Albo czekałam na skrzyżowaniu w Toyama na głos kukułki. Chciałam czyścić czarne buty. I znalazłam „portable premium liquid shoe polish black“. Made in Korea. Ale kupione w sklepie, w którym wszystko kosztuje tyle samo – sto Yen. Które ręce jesczze przed Wielkanocą wsuwały tu wszystkie rzeczy z naszych walizek do odpowiednich szuflad? Nie mam pojęcia. Powiem osłupiała. Muszę się zastanowić. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sąsiad W. w Stralsundzie jest niewidomy. Mieszka z żoną widzącą na parterze. My na trzecim piętrze mamy piękny widok nad ogródkami działkowymi na Sund i na wyspę Rugię. Wczesnym wieczorem możemy śledzić oczami prom na wyspę Hiddensee, jak bierze kurs na otwarty Bałtyk. Zmywam naczynie i wschodzące słońce w kuchni razi jeszcze o wpół do dziesiątej. O północy świeci nad horyzontem nadal błękitne pasmo światła godne poezji. Dla nas niemych na trzecim piętrze. Gdzie podziało się angielski „me“ w języku niemieckim? Gdzie w polskim? Sąsiad z parteru niczego nie widzi. Pytałam go, jak się wprowadził. W. uważał, że pytanie nietaktowne. Ale ja chciałam wiedzieć. Czy on liczy stopnie schodów. Czy je widzi. W cieniu. Czy rozpoznaje mnie, czy głos mój. On wszystko wie dokładnie. Ile jest kroków do skrzynki: Ja nie mam pojęcia. Ile schodów oddzielają mnie w piwnicy dla rowerów od sypialni na trzecim piętrze. Wczoraj rano widziałam z naszego balkonu, jak on zdecydowanym krokiem wyszedł z domu. Pod prawą ręką trzymał żonę. Zamiast białej laski. Torbę rzuconą na plecy. W drodze do plaży. Jestem pewna, że on prowadzi żonę. Nie żona jego. Jestem pewna, że on dokładnie wie, ile kroków mają przed sobą na asfalcie, zanim trafią na piasek. Nie ona. Nigdy jeszcze nie widziałam człowieka, który tak bardzo pewnie siebie w niedzielę rano przekracza świat.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednowymiarowe ja. W. i ja nie jesteśmy dobrze zgraną parą. Ty niewidomy. Ja laska. Albo odwrotnie. Nie mamy zgranego języka. „I“. „Me“. „Ich“. „Ja“. W dalszym ciągu zastanawiam się nad „ja“ Konwickiego. Najważniejsze pytania czekają nie zauważone na podkładce do pisania na biurku. Myślę o literackiej konstrukcji „ja“, wszystko jedno w którym to języku. Pierwszoosobowy narrator nie może być wszechwiedzący, ani w języku polskim, ani niemieckim, angielskim, japońskim. W przeciwieństwie do wszystkich ja, których spotykamy codziennie na ulicy, w metrze, w pociągu regionalnym. I które już nad ranem lekko alkoholizowane obwieszczają „Ja? Nie!“ albo „Ja? Myślisz sobie!“ albo „Ja? Nie, ze mną to nie!“ &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszoosobowy narrator powieści nie może być wszechwiedzący. Spróbowałam to kiedyś wyjaśnić garstką studentów polonistyki. Nikt mnie nie zrozumiał. Pierwszoosobowy narrator nie może wyskoczyć ze skóry. Z własnej perspektywy. Z własnego języka. Pierwszoosobowy narrator nic nie może wiedzieć o innych postaciach, ani o świecie przedstawionym. Może tylko domniemywać. Subiektywnie. Interpretować. Raz słusznie. Raz nie słusznie. W końcu każdy pierwszoosobowy narrator błądzi. Z powodu wyższej dramaturgii. Po nad nim stoi – koniecznie i zawsze – autor. A ten ma własne interesy. Własne wymiary. Pierwszoosobowy narrator jest z góry skazany na niepowodzenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jednak. Kiedy postać literacka Konwickiego uznaje, że „Nazywam się Piotr, bo urodziłam się tego roku, kiedy wszystkie córki chrzczono imieniem Agata, a wszystkich synów imieniem Piotr.” wtedy ten pierwszoosobowy narrator ma rozszerzoną, ogólną świadomość. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czekam na burzę. Klucze do mieszkania W. ma przesłać pocztą.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-112066369676337171?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/112066369676337171/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=112066369676337171' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/112066369676337171'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/112066369676337171'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/07/jednowymiarowe-ja.html' title='Jednowymiarowe Ja'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-112064830568989312</id><published>2005-06-28T19:10:00.000+02:00</published><updated>2005-07-06T13:11:45.696+02:00</updated><title type='text'>Sprawna Anka</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ufność stawia się z powrotem tak znienacka ja otwiera się książkę telefoniczną. Nowa fryzjerka ma na imię Birgit. Ostrzygła mnie dziś krótko, ale nie za bardzo. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Birgit mówi, że brak jej słów. Do fryzur. &lt;br /&gt;Jestem zdumiona. Masz przecież katalogi. Pisma. Trendy. Mody. &lt;br /&gt;Odkłada nożyczki. Sprawdza w księgi sezonu. Jest gruba jak moja książka telefoniczna. Tylko kolory do farbowania włosów maja w tym roku nazwy. Odcienie dla kosmyków. Dla papilotów. Nazwy obrazowe. Niewyobrażalne farby pastelowe. Różnobarwne nazwy sztuczne. Pobudzające apetyt. Aż ślinka nam idzie. Jednosylabowe farby mieszane. Jak piana morelowa. Lub rzeżucha gorzka. Powidła z malw. Czary buki czerwonych. Matowozłote łodygi cynamonowe. Pył kwiatów brzoskwiń. Nazwy jogurtów. Nazwy z włoskiej lodziarni obok. Z supermarketu. Ze sklepu z nabiałem. Po lekkich deserom twarogowym. Birgit jest niezdecydowana. A ja nie chcę mieć ani żadnej nazwy ani farby na głowie. Fryzjerka puszcza księgę z rąk. Opuszcza salon. Zamawia u włoskiego kelnera dwie kawy mleczne w szklance. „Mamy czas dla włosów“ – napisane jest na szybie. Pismem lustrzanym. Dla mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bezczelna fryzura nie może być. Twierdzi Birgit. Nożyczkami majstruje przy karku. Fryzura nie jest uczuciem. &lt;br /&gt;Nie ruszam się. Bezczelność nie jest uczuciem. Bezczelność jest zachowaniem. Niepohamowanie się. I dlatego tym bardziej fryzura nie może być bezczelna. Język jest staroświecki. Powiem Birgit. I ociężały. Wehikuł, który nie może wyżyć bez liter. Żadne słowo nie nadąża za fryzurą. Bo każde jest niezgrabne. Nieokrzesane. „Seksowny“ jest jedyny przymiotnik, który zna podręcznik głów uczesanych tego lata. Seksowna fryzura. Birgit jest rozczarowana. Kobiety na zdjęciach maja rozczochrane i kolczaste włosy. Wyglądają nieuczesane. I niewyspane.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za krótko ostrzyżone włosy, twierdzi fryzjerka, to wygląda za bardzo sportowe. I dziwi się, że ostatnia fryzura tak długo się trzymała. &lt;br /&gt;Czy to nie jest normalne? Pytanie głupkowate. Dokąd miałaby się udać? Przeterminowana fryzura? Do Dudena w nowej pisowni? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sprawna fryzura, przyznaje Birgit, podoba mi się. Słowo z lat siedemdziesiątych. Szybko tnie włosy na czole. Odpadające włosy łaskoczą. Zamykam oczy. I przerzucam słownik etymologiczny. W duchu. Sprawny należy do języka biblijnego. I miało początkowo znaczenie „sprawiedliwości“. Dopiero w dziewiętnastym wieku przymiotnik ten przybrał znaczenie „dobrze wyćwiczony fizycznie, dobrze działający, zręczny w ruchach, w wykonywaniu czegoś“. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niech będzie. Sprawny. Powiem tonem pełnym ufności. Sprawna fryzura. Sprawna fryzura letnia.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-112064830568989312?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/112064830568989312/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=112064830568989312' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/112064830568989312'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/112064830568989312'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/06/sprawna-anka.html' title='Sprawna Anka'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-112063818450703663</id><published>2005-06-27T20:22:00.000+02:00</published><updated>2005-07-06T10:23:04.510+02:00</updated><title type='text'>Szum w uszach</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tydzień temu ubyło mi ufności. Jednocześnie zamilkł szum w prawym uszu. Już nie jestem w stanie odczytać sejsmograficznych rejestracji własnych narządów wewnętrznych i zewnętrznych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwa tygodnie temu wędrowałam do lekarki specjalizującej się w otorynolaryngologii we wschodniej części miasta. Położyłam się w pięć dni z rzędu na leżak w jej gabinecie, ona mnie podłączyła pod kroplówką. I dostałam przezroczysty płyn do żyły. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przemilczam połowę swojego życia. Z powodu usprawiedliwień niewysłowionych. W celu pilnowania matematycznej równowagi pomiędzy słowem a nie-słowem. I ze względu na dziadka w Ameryce. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Codziennie ściekało kroplami 250 ml HAES 6% do mojej krwi. Potem wracałam rowerem przez Alexanderplatz do domu. Pole nieuprawnione dla ciężarówek. W drugim dniu odkryłam drogę bardziej bezpieczną. I trafiłam na Karla Liebknechta w brązu. Pokazuje nie całkiem wyprostowanym prawym ramieniem milcząco w kierunku wschodu. Nosi gruby kitel roboczy. Stoi przy rogu ulicy pasterzy (Hirtenstraße) a ulicy własnej, czyli Karla Liebknechta. Na ławkach kamiennych dookoła pomnika codziennie odpoczywają emeryci. Nie miałam odwagi spytać ich, kim właściwie jest olbrzym z szlachetnego metalu. Nie ma tablicy żadnej. Ani z nazwiskiem, ani z datą, ani ze słowem pochwały. Lub podziękowania. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Codziennie tam leżałam 45 minut i milczałam. Słyszałam głos asystentki. Przy telefonie. Lub obok. Przed zasłoną z szarego materiału. Za którą ja wlepiłam oczy w biały sufit. Podczas gdy ona płukała przewody uszne. Usunęła czopy woskowinowe. Grzała uszy. I prowadziła uszy do badania słuchu. Do pokoju dźwiękoszczelnego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każdego dnia dopiero na ulicy Aleksandra czułam się ponownie bezpiecznie. Na całej jej długości rozrywany jest asfalt. Zamknięta jest całkowicie dla ruchu. Rowerom wolno przejeżdżać po paśmie dla pieszych koło monstrualnej budowli aż do mostu nad Szprewą. Akurat na wielopasmowych skrzyżowaniach zawsze najbardziej się bałam, że nijaki, ale najbardziej obcy mojemu organizmowi płyn powodować mógłby coś nieodwracalnego. Nie przekroczyłam przepisów drogowych. Ruszyłam tylko przy światłe zielonym. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Płyn pobudza przepływ krwi w uchu wewnętrznym, wyjaśniła lekarka. Ale ucho w dalszym ciągu tyka jak szwajcarski zegarek precyzyjny. Skarżę się uparcie. Podczas gdy ona wbije mi igłę w żyłę. Że mam się nie skoncentrować na szum. Poleca. Ale ja przecież muszę wiedzieć, czy nadal jest. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cały litr i ćwierć tego płynu chemicznie zrównoważonego i bez żadnych działań ubocznych. Przedostał się do mojej krwi. Szum w uszach nie jest chorobą. Tym bardziej szum w uszach nie jest zawałem serca w uszu. Mam swoje wątpliwości co do diagnozy. Wracam do domu i położę się do łóżka. Tabletki, które mnie najpierw przepisała, przestałam brać po półtora dnia. Krążenie zostało zaburzone szybko i doszczętnie. Do sklepienia czaszki przebiła się fala morska wywołana pół roku temu przez trzęsienie morza w indyjskim oceanie przed wyspą Sumatra. Po raz pierwszy w życiu czułam się tak bardzo kiepski, że umrzeć mi się chciało. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mam szumu w uszach. Dwa tygodnie temu zabrzęczały w prawym uszu objawy ufności, którą stracić miałam tydzień temu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-112063818450703663?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/112063818450703663/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=112063818450703663' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/112063818450703663'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/112063818450703663'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/06/szum-w-uszach.html' title='Szum w uszach'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-112063807874710345</id><published>2005-06-25T22:19:00.000+02:00</published><updated>2005-07-06T10:21:18.753+02:00</updated><title type='text'>Chodzenie gęsiego</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziennik Konwickiego z roku 1974 nie jest wcale dziennikiem. Dziennikarz ledwo coś nam opowiada z wydarzeń roku 1974. Sam przyznaje, że pisze „lże-dziennik“. Ale prawdziwych kłamstw też nie donosi. Myślę wyłącznie nad koncepcją trzeciej książki o Mistrzu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Upał dziś nie do wytrzymania. Wróciłam do domu dopiero nad ranem rowerem z Neukölln. Obecnie w nocy ani robi się ciemno ani chłodno. Po południu głowa mi pękała. Położyłam się. Stawiłam budzik na wpół do piątej. Dłużej niż godzinkę człowiek w ciągu dnia nie powinien tonąć we śnie. Potem zbierało się na burzę. Temperatura błyskawicznie spadła o 15 stopni na przyjemne 21. Berlin jest zbieraniną światów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapomniałam zupełnie, że mój Mistrz też miał Mistrza. Stanisława Dygata. Ale to przecież normalnie. Więc chodzimy gęsiego. Przez wieczność. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W dzienniku z roku 1974, który nie jest dziennikiem, lecz coś w rodzaju próby odnalezienia siebie samego, próby odnalezienia otoczenia, próby odnalezienia przeszłości – lub nawet próby wynalezienia siebie samego, próby wynalezienia otoczenia, próby wynalezienia przeszłości, mój Mistrz, Konwicki, dużo pisze o, komu dziw, swoim Mistrzu, Dygacie. Mistrz jest Mistrzem. I tyle. Jemu przyznaje się wiele miejsc. W życiu. W twórczości. Więc również w konstrukcji literackiego samookreślenia. „Kalendarz i klepsydra“ ukazał się w roku 1976. To też było normalnie. Rękopisy miały swoje do odleżenia. Również całkiem normalny był fakt, że Konwicki nigdy z nikim nie rozmawiał o tym, co aktualnie pisze. Nawet Mistrz jego nie wiedział, co uczeń jego robił w nocach roku 1974 na ulicy Górskiego. A potem Mistrz ten, dwumetrowej wysokości Dygat, tak strasznie się obraził z powodu fragmentów dotyczących jego osobę, że nie odezwał się już słowem do Konwickiego. Aż krótko przed śmiercią. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W. przylatuje w tej chwili na lotnisko Schönefeld. Berlin jest zbieraniną możliwości. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cenzura nie pozwoliła na fragment w dzienniku, w którym Konwicki opisuje, jak dwa razy w życiu uderzono go po twarzy. Raz przed wojną. Podczas wielkiej pauzie w szkole podstawowej. Przez starszego ucznia. I raz po wojnie. W styczniu 1968 roku przez polskiego milicjanta. Wiem, że te sceny policzkowania wędrują przez powieści Konwickiego. Nawet nie trudno byłoby dla mnie, ustalić je dokładnie. Ale jakie to miałoby znaczenie? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Berlin jest zbieraniną wartości krańcowych. Nie znam żadnych anegdot o swoim Mistrzu. Zadzwonię do niego mniej więcej raz w miesiącu. Nie powiem mu, że napiszę jeszcze jedną książkę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-112063807874710345?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/112063807874710345/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=112063807874710345' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/112063807874710345'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/112063807874710345'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/06/chodzenie-gsiego.html' title='Chodzenie gęsiego'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111956152365985651</id><published>2005-06-23T23:17:00.000+02:00</published><updated>2005-06-23T23:18:43.666+02:00</updated><title type='text'>Sok z kapusty kiszonej</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Polsce wszystko idzie gładko. Napisałam maila do Wojtka, który od lat zajmuje się literackością kolejowych rozkładów jazdy. I maila do pani I. Że chcę napisać drugą, po „Moim Konwickim“ książkę o Konwickim. Lekki esej literaturoznawczy o narracyjnym JA Konwickiego. To ma być bliźniak pierwszej skromnej książeczki. A Wojtek, dawnym zwyczajem napisze mi wstęp. A Pani I. melduje, no to niech pani siada do pracy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz przed jedzeniem wypijam szklankę soku z kapusty kiszonej. To dobrze działa na nerwy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie rozumiem, dlaczego w ogóle jeszcze piszę w języku niemieckim. Nie rozumiem, dlaczego w ogóle jestem mężatką. Nie rozumiem, dlaczego w ogóle. Jestem. Tutaj. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnio w nocy wróciłyśmy z Tanją Dückers na rowerach przez Alexanderplatz do domu. Przed naszym domem orwellowskim w ogóle nie mogła się uspokoić, że to my, tak zwani w berlińskim gwarze Wessi (ludzie z Zachodu), przeprowadziliśmy się dobrowolnie do wschodnioberlińskiego bloku, do tak zwanej płyty. &lt;br /&gt;Nigdy dotąd nie przeleciało mi przez myśl, że Wessi nie miałby się wprowadzić do płyty. Bo ja nie jestem żadna Wessa. Ja niczego nie jestem. Nie należę ani do tej ani do tamtej strony świata. Może jestem Swissa. Lub Aussa. Albo Südda. Tak, pochodzę z południa. To będzie niebezpiecznie i geograficznie w porządku. Wolfgang natomiast jest prawdziwym człowiekiem z północno-zachodnioberlińskiej dzielnicy Wedding, dzieckiem zachodnioberlińskiego robotnika. &lt;br /&gt;A potem dopiero zrozumiałam, dlaczego Tanja, która przecież nie jest głupia i mieszka trzy kroki od nas na Kreuzbergu, nie zjawiła się 25 grudnia podczas naszej pożegnalnej party. Ponieważ nie trafiła na nasze mieszkanie. Bo obszukała cały plac dookoła ruiny kościoła św. Michała z próżno nadzieją, że tu znajduje tradycyjny wschodnioberliński, pięciopiętrowy dom przedwojenny. A te domy wszystkie do reszty przemieniły się w gruzy podczas ostatniego bombardowania w lutym 1945 roku. Następnego dnia, 26 grudnia, napisała mi zrozpaczonego maila, że błąkała się tu przez pół godziny w mroźnej nocy, że nigdzie nie było numeru 23. Wtedy nie mogłam tego w ogóle pojąć. Przecież nie mieszkaliśmy jeszcze w Japonii, gdzie rzeczywiście nie ma ani numerów domu ani nazw ulic. Teraz dopiero zrozumiałam: Tanja Dückers miała po prostu w głowie barierę, szlaban – takie coś, co kiedyś stało przed staroświeckimi przejazdami kolejowymi lub przy granicach państwowych. Nie mogła sobie wyobrazić, że Wessi przeprowadza się do Wschodu, i to tak. Do płyty. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz przed południem posiedzę sobie godzinkę na balkonie i opalam plecy. Nagrzeję skórę ramion. Mój mąż polecił we wtorek do Eastbourne. Na konferencję Atlas. Gdyby był w normalnej pracy w Stralsundzie, bym pojechała już dawno do niego. Ale tak? Nie sposób go dogonić w wybranym gronie naukowców z moim śmiesznym gryzieniem. Nie jestem latującym stworzeniem ornitologicznym. Siedzę więc na balkonie, rozmawiam z Archaniołem i czytam Konwickiego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A przed jedzeniem trzy razy dziennie wypijam szklankę soku z kapusty kiszonej. To pobudza trawienie. W Polsce wszystko idzie gładko.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111956152365985651?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111956152365985651/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111956152365985651' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111956152365985651'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111956152365985651'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/06/sok-z-kapusty-kiszonej.html' title='Sok z kapusty kiszonej'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111947277935117356</id><published>2005-06-22T22:38:00.000+02:00</published><updated>2005-06-22T22:39:39.370+02:00</updated><title type='text'>79-lecie Mistrza</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nigdy dotąd nie byłam na promocji książki Tadeusza Konwickiego. Nigdy dotąd nie udało mi się. Uzgodnić jedno z drugim. Jego nową powieść z moją obecnością w kraju. Mimo że zamieszkiwałam tutaj, i to nie raz. I w ogóle często bywam. Prawie zawsze jestem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A tym razem, jak tylko dotarł do mnie do Berlina szum o wznowieniu „Kalendarza i klepsydry“, czyli o pierwszym nieocenzurowanym wydaniu dziennika z roku 1974, postanowiłam przyjechać pociągiem Eurocity prosto na Wiejską. W największą ulewę tej wiosny. Przemokłam doszczętnie wychodząc z podziemi pod Centralnym na Aleje Jerozolimskie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kawiarnia Czytelnika dwadzieścia po piątej już po brzegi wypełniona. Drżącymi palcami wyciągam portfel ze złotymi polskimi. Nabywam u pani za ladą w rogu dwa nienaruszone jak świeży śnieg „Kalendarze”. Z włosów kapią zimne krople, a okulary zachodzą parą. Ciężko padam z bagażem na jedną noc na ostatnim wolnym krzesełku na sali. Przecieram okulary. Potem mokrą twarz. I rozglądam się. Zaczyna się punktualnie. Mimo że jeszcze nie ma wszystkich. Ludzie gęsto stoją na schodach. Tłum nie spóźnionych zajmuje całą przestrzeń przed szatnią i ustępem. A reszta na pewno stoi na zewnątrz. Ogonek jeden wije się na trotuarze aż do Sejmu, a drugi kończy może koło Instytutu Głuchoniemych. Nie ma miejsca dla wszystkich. Wobec tego nie ma na co czekać. I punktualnie o wpół do szóstej pan Dyrektor wita pisarza i wiernych czytelników. Potem toczy się rozmowa. Nie ma umówionych pytań, z góry przyznaje prowadzący profesor Mencwel. Wierzę mu, bo Mistrz bryluje; sypie dowcipami, zaskakuje błyskotliwym puentami. Tak że nieraz, po zwięzłym spiczu następuje chwila niecodziennej ciszy. Moderator zgubił wątek i musi go odnaleźć. A mój Konwicki, widzę to z daleka, nabiera energii. Czerpie ją od nas tu obecnych. I przechodzi do następnego. Okrągłą godzinę. Raz tylko przerywa i prosi, by Gucio dosiadł się bliżej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem ustawiają się kolejki. Po podpis. Do stolika w środku sali. Po prawej stronie pisarza i po lewej. Od Wisły prawie do Filtrów. Wprawną ręką autor bierze raz egzemplarz swojej książki z lewej strony, raz z prawej. Cierpliwie wsłuchuje się, dla kogo i z jakiej okazji ma dedykować. Za każdym razem. Wpisuje imię i nazwisko. Cierpliwie podpisuje się nawet w całym dorobku pisarskim, wyciągniętym z zakurzonych półek domowych. Ja mam dwa „Kalendarze”, świeżo nabyte w kasie. I stoję w kolejce od Filtrów. Nie wiadomo, która jestem, bo kolejka postpeerelowska nabiera tuszy. Rozrasta się wzdłuż i wszerz. Nikt już nie chodzi lub staje gęsiego. Tylko Pani za mną pcha się w moje plecy. Z całych sił i szerokimi biodrami. A poza tym narzeka, że po tamtej stronie chyba idzie szybciej. Pana obok mnie obdarza zdaniem wyjętym z leksykonu archaizmów: „Ale Pan chyba dobrze pamięta, gdzie pana miejsce w kolejce?” I proklamuje, pluralis majestatis, że: „Młodzieży wybaczamy, bo nie zna!” Ja źle znoszę bliski kontakt z ciałem nieznanej mi osoby. Ostrożnie obracam głowę. Pani ma na sobie czerwony kostium i na oko jest w wieku średnim. Stanowczo wyjaśniam, że jedno jest tylko pewne, że ona, szacowna Pani, stoi za mną i nieelegancko pakuje się na mnie. Z tyłu liceum, z przodu muzeum! Myślę. A pisarz cierpliwie podpisuje książki. Pani za moimi plecami daje koleżance w identycznej czerwieni szeptem do zrozumienia, że ja jej przecież wciskam torbę w brzuch. A torba, skórzana torba do podróży, torba z białej skóry cielęcej – raptem unosi mi gniew – jest częścią mojego ciała. Częścią mojej tożsamości. Częścią bagażu kolejowego. Bo ja prosto z pociągu! Triumfuję. A w torbie przywiozłam egzemplarz pierwszego wydania „Kalendarza i klepsydry”. Naruszonego. Ocenzurowanego. Dostałam go w prezencie od autora z okazji naszego pierwszego spotkania. Ozdobił podpisem własnym i dedykacją osobistą: „Pani Judycie, z życzeniami sukcesów w Polsce i w polonistyce, a także w życiu. Warszawa 7. IV. 1984”. Pani w czerwonym kostiumie udaje, rzecz jasna, że nie słyszy. A ja w zamian spokojnie pozwalam panu, który zgubił miejsce w grubej kolejce, by on pierwszy podsunął otwartą na stronie tytułowej książkę skupionemu na własnym podpisie pisarzowi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja kolej. Nie podnosi głowy. On jest w tej chwili Mistrzem wszystkich. Jestem dla niego numerem dwadzieścia trzy w ogonku ze strony północnej. Siadam na chwilkę obok niego na wolnym krześle. Przyszłam tu z pracą. Mówię półgłosem. I podaję mu pierwszy „Kalendarz” i proszę o dedykację dla Niny T. z Oksfordu, która ma pecha podobnie jak ja i nigdy nie może zdążyć na promocję do Polski. Błagała w emailu „... jeśliś łaskawa, wykup mi egzemplarz z dedykacją, jeśli pan Tadeusz mnie jeszcze pamięta ...”. Pamięta. Potem drugi nowy „Kalendarz”. Dla mnie. Nie zastanawia się ani sekundy. Nie patrzy na mnie. Nic nie mówi. Ani słowa. Wpisuje to, co mi się należy. „Judytko, wszystko wiesz. 18. V. 2005”. I sięga po następny egzemplarz z kolejki po prawej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyrywam niewinną torbę z brzucha pani w czerwonym kostiumie. I uciekam do miasta. Burza oddaliła się na wschód. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sto lat!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111947277935117356?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111947277935117356/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111947277935117356' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111947277935117356'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111947277935117356'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/06/79-lecie-mistrza.html' title='79-lecie Mistrza'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111867269946112554</id><published>2005-06-12T23:24:00.000+02:00</published><updated>2005-06-13T16:24:59.463+02:00</updated><title type='text'>Wizyty niedzielne</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śniadanie u teściów w dzielnicy Charlottenburg. Potem odprowadziłam W. do dworca Zoo. I jechałam z nim do Dworca Wschodniego. W przedziale pierwszej klasy. Tam ucałowałam małżonka i wysiadłam z Intercity. Nasze pożegnania niedzielne. Autobus 147 uciekl mi sprzed nosa. Udałam się więc do S-Bahnu. Przejechałam jedną stację do mostu Jannowitzbrücke. I wróciłam pieszo do domu. Trochę nadłożyłam sobie drogi i zwiedziłam wybieg dla niedźwiedzi w Köllnischer Park. Dla nich już pora na obiad. Łapczywie capnęli z drzew winogrona i kawałki arbuza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teść jest naznaczony przez chorobę. Teściowa straciła cierpliwość. Jego już nie opuszczają bóle głowy wskutek napięcia. Ona żali się na bóle krzyża i w kolanie. On coraz mniej mówi. Ona coraz gorzej słyszy. Powoli cofają się w głąb wieczności. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Urzędujące niedźwiedzie z herbu miasta są naszymi sąsiadami. Zapomniałam o nich chwilowo, tak samo jak o Archaniele na dzwonnicy przed naszym blokiem orwellowskim. Tylko Japonia nadal wszędzie jest. Przedwczoraj w pojemniku na słodycze z pomalowanego cienkiego drewna w formie szwajcarskiego trębacza alpejskim (prezent od mojej siostry dla berlinskiego szwagra) znalazłam rozpoczętą czekoladkę mleczną – Meiji Milk Chocolate. Obok rozpoczętej czekoladki gorzkiej firmy Wedel. Dzisiaj po południu odkryłam na biurku, na którym codziennie sprawdzam pocztę emailową, dwie zapalniczki. Czarną z napisem „Romantic Hokkaido“. I białą, z drobnym czarnym kogutem i dwiema aseptycznymi znaczkami Kanji. Nikt u nas nie pali. Ale W. zaopatruje się w każdym kraju, w każdym hotelu, w każdym sklepie z pamiątkami w niezbędne rzeczy jak papier do pisania, zapałki i papierosy dla gości. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teść do dziś nie rozumie, jak młodszy syn zarabiać może na życie samym „gadaniem“. Teść w swoim życiu ciesielskim za dużo i za ciężko dźwigał. Na swój wzrost. Na ramionach. Na karku. Głowa mu tego nie daruje. I pęka teraz na stare lata. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sąsiedzi nasi, urzędujący niedźwiedź Tilo i niedźwiedzice Maxi i Schnute, codziennie o wpół do pierwszej dostają obiad. Ledwo kto pamięta, że zwierze, które w Berlinie stanowi tradycyjnie heraldyczną maskotkę miasta, niedźwiedź berliński – żyje. I to u nas za rogiem. Niedaleko Szprewy. W cieniu muzeum, które ma wieże jak kościół, ale nim nie jest. W dawnym magazynie na sprzęt dla oczyszczania ulic miasta. W czerwcu 1938 r. zarząd miasta Berlina dał zezwolenie na przekształcenie budynku z czerwonej cegły i otaczającego go placyku i parku. Wykopano głębokie jamy naokoło byłej przechowalni mioteł i ogrodzono ten ogromny owal półmetrowym pasmem gęsto rosnących, zawsze zielonych krzewów. Za naturalnym pasmem wzniesiono jeszcze masywną metalową balustradę – na niej odwiedzające misie rodziny mogą się oprzeć. W środku owalu, po obu stronach budynku, zaaranżowano dwa wybiegi z drzewami i skałami, na spacerki i do karmienia misiów. Do dziś rzeczywiście ledwo kto chce pamiętać, że Berliński wybieg dla niedźwiedzi został oficjalnie otwarty 17 sierpnia 1939 r. Pierwsze niedźwiedzie byli prezentem od szwajcarskiego miasta niedźwiedzi – Berna: niedźwiedzica Vreni i niedźwiedź Urs. A Enerdowscy poprawili potem szybko historiografię. Przedatowali początek wybiegu dla niedźwiedzi dziesięć lat wstecz. Tak wyglądało lepiej w podręcznikach szkolnych. Inaczej musieliby wytłumaczyć dzieciom, które piszcząc z radości co roku w październiku odwiedzały z klasą rządzące miastem niedźwiedzie, że to był właśnie pomysł przeklętych hitlerowców, i że właśnie oni, najwięksi wrogowie, mieli serce, dla dzieci i ludzi i misiów. Zmuszeni byliby dzieciom objaśnić, że ci sami dobroduszni Niemcy, którzy otwierali uroczyście pod koniec sierpnia pierwszy wybieg dla żywych niedźwiedzi w Berlinie – przekroczyli niecałe dwa tygodnie później wschodnią granicę kraju, wkroczyli do Polski i zaczęli najokrutniejszą wojnę na świecie. Urs i Vreni ledwo zaaklimatyzowali się w pięknym parku nad Szprewą - a nad Wisłą już po kapitulacji. Vreni i Urs nie przeżyli – jak to wielu – ostatnią burzę bomb z 3 lutego 1945 roku nad Luisenstadt. Miasto Berno znowu, po „ustanowieniu oddzielnego państwa niemieckiego“ podarowało parę niedźwiedzi, tym razem Nante i Jette. Do dziś karmione zostają punktualnie o wpół do pierwszej – jak w Szwajcarii. Dozorcy im wieszają warzywa, owoce i suszone rybki w drzewa – aby się trochę codziennie gimnastykowali. I ku radości zwiedzających. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tilo waży ze dwieście kilogramów. Nie był dziś w humorze. Odczuwał napięcie w powietrze jak mój teść. Kręcił się. Milczący. Niespokojny. Wypłoszył wróble i gołębie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W. dojechał w międzyczasie już do Bernau.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111867269946112554?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111867269946112554/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111867269946112554' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111867269946112554'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111867269946112554'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/06/wizyty-niedzielne.html' title='Wizyty niedzielne'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111867250342953707</id><published>2005-06-09T23:20:00.000+02:00</published><updated>2005-06-13T16:21:43.433+02:00</updated><title type='text'>Moneta pięciorapenowa</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Szwajcarii – tak czytam dziś w wczorajszym wydaniu gazety z półkantonu Basellandschaft – planują wycofać z obiegu monetę z najmniejszą wartością. Czyli pięciorapenową w kolorze złota. Pytam siebie, dlaczego. W Niemczech po wprowadzeniu euro nie udało się zmienić poglądów i odzwyczaić palców od monet jedno- i dwóchcentowych. Między innymi z powodu 69- lub 28-centowych cen w Aldi, Penny, Lidl i im podobnych sklepach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Tai Chi zakończyliśmy dziś formę. Koniec części trzeciej nastąpił tak nagle, że zmieszani zatrzymaliśmy się na miejsce i prawie żałując zgubiliśmy z oczy odpadające ręce. Uczymy się od dwóch i pół roku formę składającą się z trzech części w tak zwanym autentycznym stylu Yang. Ziemia, Niebo, Człowiek. Cokolwiek to znaczy. Podniesienie jak drzewo. Rozprzestrzenianie jak balon. A teraz dotarliśmy do końca. Po wakacji letnich zaczynamy od początku. Mamy przed sobą stopnie pogłębienia. Yin-Yang. Spirala ramion. Spirala nóg. Spirala gardła. Ale bez tego już nie możemy się obejść. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Isliberg facet zabił żonę i dwoje dzieci mocnymi uderzeniami młota. W głowy. W nocy. Kiedy spały. Nad ranem rzucił się z mostu Lorzentobelbrücke. 60 metrów w przepaść. W śmierć. Wzorcowa rodzina, podają. Przeprowadziła się cztery lata temu, kiedy młodsza córka przyszła na świat, do nowej dzielnicy domów jednorodzinnych. Przypuszczalnie sprawca czuł się przeciążony w pracy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja babcia z Glarus, od której dostawaliśmy w prezencie na Gwiazdki złote Weronki, obdarowała nas wnuczków też mądrością życiową: „Wer den Rappen nicht ehrt, ist des Franken nicht wert.” – „Kto nie szanuje Rappen, nie zasługuje na Franken.“ Z dobrym skutkiem. Do dziś nie udało mi się wypędzić tej mądrości życiowej z głowy. A podobny los mają pewnie parę milionów dzieci szwajcarskich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Oberiberg 59-letni Szwajcar zabił wczesnym rankiem 51-letnią małżonkę na klatce schodowej trzypiętrowego bloczku mieszkaniowym. A potem siebie w piwnicy. Nożem kuchennym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od dwóch i pół roku spędzimy w czwartki przed południem razem półtorej godziny. Rhea, puzonista Heiko i ja nawet do trzech godzin. Po ćwiczeniach Tai Chi pijemy kawę w kawiarni Bilderbuch (= książka z obrazkami) i omawiamy sytuację. Bóle w kolanach. Zdziwienie w okrągłym łokciu. Wyprostowane przepona miednicy. Kiedy zaczynają się wakacje szkolne, odchodzimy, zasmuceni. Rhea z Maui wsiada do U-Bahnu przy Eisenacherstraße. Heiko jedzie S-Bahnem po raz ostatni do szkoły muzycznej. A ja mam rower. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koniec tak zwanego „Fünfräppler“ – monety pięciorapenowej, nastąpi, ponieważ Swissmint twierdzi, że koszty produkcji przekraczają wartość pieniężną. Migros boi się Aldi. Rzeźnicy nie boją się Aldi. Chłopi szwajcarscy, hodujące krowy mleczne na ziemi Unii Europejskiej mogą ubiegać się o składki dla pastwisk. Ale wtedy nie dostają już szwajcarskich subwencji. Unia Europejska płaci za hektar użytku zielonego 70 euro. A szwajcarskie zapłaty bezpośrednie dla ziemi rolniczej „rodowej“, znajdującej się za granicą, wynoszą w tej chwili przynajmniej 900 franków za hektar. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie rozumiem świata.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111867250342953707?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111867250342953707/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111867250342953707' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111867250342953707'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111867250342953707'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/06/moneta-piciorapenowa.html' title='Moneta pięciorapenowa'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111838624955582481</id><published>2005-06-08T23:48:00.000+02:00</published><updated>2005-06-10T08:50:49.560+02:00</updated><title type='text'>Niewdzięczna</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam Dziadka w New Holland, Mistrza w Warszawie i Męża w Stralsundzie. Jestem zabezpieczona emocjonalnie. Na całym świecie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Japonia jest we mnie. Od kilku dni znowu. W prawym uchu. Mimo że wczoraj wypędziłam ją z łazienki w formie pustej butelki po szamponie z plastyku. Japonia jest w mieszkaniu. Śmieje się z półki na książki. Siedzi między słownikami, podręcznikami, przewodnikami, planami miast. W dziale beletrystyki w języku angielskim i albumów w dużym formacie. Pisma z zakresu turystyki i publikacje naukowe wędrowały z profesorem do pracowni w Stralsundzie. Japonia siedzi na kredensie kuchennym. Obok puszki z zieloną herbatą chińską i młynka do przypraw z Prowansji. Wyleguje się na pianinie. Wśród nut nieuporządkowanych. Kryje się w dyskach z muzyką Shamisen. Obok Stockhausena i Holsta. Zajmuje połowę twardego dysku laptopa. Japonia wzrasta. Jak wrzód. W naszym organizmie. W. powiedział w niedzielę, że te dwa miesiące w Tsukuba lepiej by się mu przydały na książkę o Chinach. Ma termin: koniec sierpnia. Luksus aseptycznych pomieszczeń i zimy pełnej słońca teraz spędza nam sen z powiek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Japonia huczy w mojej głowie. Po powrocie do Tsukuba, bez zwiedzania Kyoto. Coś usiadł w moim uchu. Prawie nie zauważalny, wysoki, jasny brzęk. Nie głośne tykanie. Regularne ja tryby w taniej azjatycznej kopii Swatcha na ręku. Z przerwami. Po werdykcie profesora, który głosił, że jestem niewdzięczna. Nieszczęsny splot słów i niechęci. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uwielbiam jazdy przez równinę. Wtedy najlepiej układają mi się myśli. W krajobrazie bez gór. W pociągu do Stralsundu zrozumiałam, że to jest Japonia. Brzęk kiczu, który nastolatki noszą. Na plecakach. Na torbach. Na tornistrach. Pani Funck nieustannie grała palcami prawej ręki z dzwoneczkami, które są śmieszną ozdobą jej komórki. Podczas całej wykwintnej kolacji w Ryokan Kikugawa na Miyajima. W najlepszej restauracji całej wyspy. Gdybym się tam nie opanowała i nie wysiorbała grzecznie milcząc ostrygi, lecz wrzasnęła na koleżankę po fachu męża, czyżby nie mogła wreszcie dać spokój! Ale potem, 16-ego lutego, trzęsła się ziemia w Tsukuba.. I Japonia błyskawicznie zamilkła w moim uchu. Wytłumaczyłam to sobie wtedy w ten sposób, że słyszałam rozruchy skorupy ziemskiej dużo wcześnie. Tak samo, jak potrafię usłyszeć czy łąka jest samotna czy nie. Czy dużo ludzi po niej spaceruje czy też mało. Niewdzięczna. I zarozumiała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz klarowny brzęk, czysty jak cały kraj, powrócił do mojego ucha. I nie wiem, co on znaczy. Czekam na trzęsienie ziemi. Amerykański Dziadek przebył parę dni w szpitalu. Polski Mistrz od lat już nie pisze. Niemiecki Mąż dużo pracuje. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja strach przed śmiercią jest wyrachowany. Jest on strachem przed śmiercią innych. Strach, że zostanę sama. Zarozumiała. I niewdzięczna.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111838624955582481?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111838624955582481/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111838624955582481' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111838624955582481'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111838624955582481'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/06/niewdziczna.html' title='Niewdzięczna'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111829852857710321</id><published>2005-06-07T23:27:00.000+02:00</published><updated>2005-06-09T08:28:48.583+02:00</updated><title type='text'>Na fotelu dentystycznym</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O siódmej rano wyciągnęłam się na fotelu dla pacjentów w klinice dentystycznej. Bez słowa sprzeciwu pozwolę na usuwanie kamieni nadzębnych i na czyszczenie przebarwień szkliwa zębów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za dwadzieścia siódma jechałam przepełnionym U-Bahnem w kierunku placu poczdamskim. Wszyscy gęsto stoimy i próbujemy trzymać parasole, z których kapią resztki deszczu, daleko od siebie. Nad nami, nad ziemią, nad miastem zerwała się burza stulecia. Ten niemiły ranek czerwcowy dał mi do zrozumienia, że ludzie, którzy mają prace w tym mieście wcale nie wyglądają na bardziej szczęśliwych od tych, którzy jej nie mają. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dentystka opowiada o cierpieniach pracującej matki. Nie ma w tym kraju miejsca w żłobkach dla dziecka mającego nie cały rok. Nie dano mi tego skomentować. Gębę mam rozwartą. A w głowie eksplodują dźwięki różnego rodzaju. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za dziesięć szósta pod prysznice. Umyłam włosy ostatnimi kropelkami japońskiego szamponu. BBC podała reportaż o człowieku, który niesłusznie został oskarżony. Dostał, Mając piętnaście lat, dostał dwadzieścia pięć lat więzienia. Teraz wyszedł. Na wolność. Też nie słuszną. Dopiero teraz zrozumiałam, dlatego w Tsukuba w sklepie, w którym wszystko kosztuje sto yen, kupić można było plastykowe czapki dla dzieci ochraniające oczy w wannie. Ponieważ szampon japoński bardziej gryzie niż wszystko, co tutaj można kupić. A mimo to, zużywałam go bardzo oszczędnie. Do dziś. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj w wannie w stralsundzkim mieszkaniu. Północna stacja radiowa podaje, że w Japonii od 80 latach grają o godzinie 6:30 tę samą muzykę, z tym samym celem: poranna gimnastyka dla wszystkich. W nowoczesnej sieci Coffee-Shop powtarzają znaną wszystkim melodię o wpół do dziewiątej we wszystkich filii i fabrykach i na wszystkich piętrach biurowców. Jeden pracownik podaje do mikrofonu, że nikogo nie zmuszają, a że wszyscy jednak to robią. Kobieta śmieje się, że przecież istnieją dziś inne możliwości na poprawianie kondycji fizycznej, ale że jednak ćwiczenia relaksyjne są ważne, jakimś rodzajem rytuału porannego. Zaraz potem kierownicy wołają do pierwszych posiedzeń dnia. A trzeci przyznaje, że jego ciało automatycznie wstaje i wyprawia przepisowe ruchy, jak tylko melodia rozgrywa. Kraj lunatyków!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W mózgu doszło właśnie do kolizji trzasku skrobania i szumu odsysania śluzu. Pracująca matka pyta, czy roztwór soli jest za bardzo zimny. Z lekkim kręceniem głowy z prawej strony do lewej a dam do zrozumienia, że nie. Człowiek też słyszy zębami. I odsłoniętymi szyjkami zębów. Kośćmi czaszkowymi. Grzebieniem potylicznym. Mięśniami karku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Deszcz znikł bez śladu, kiedy po godzinie znalazłam się z powrotem na Stresemannstraße. Nie mam żadnej ochoty na kwaśne miny w berlińskim U- Bahnu i wracam wobec tego na piechotę. Idę przez Kochstraße, Oranienstraße i przekraczam Basen Anioła. Zostały nam tylko cztery łabędziątka. W trzcinie stoi dumna czapla siwa. Ta sama, która już w zeszłym roku spędziła u nas lato. Ale to jedno nie ma nic wspólnego z drugim. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koło południa, kiedy przyrządzam sobie bułkę z łososiem i z nudy przełączam na Deutschlandradio, znowu słyszę znaną mi już audycję o rytualnej gimnastyce porannej. Osiemdziesięcioletnia tradycja japońska faluje właśnie przez wszystkie stacje radiowe w tym kraju.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111829852857710321?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111829852857710321/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111829852857710321' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111829852857710321'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111829852857710321'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/06/na-fotelu-dentystycznym.html' title='Na fotelu dentystycznym'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111771769331048839</id><published>2005-06-02T15:07:00.000+02:00</published><updated>2005-06-02T15:09:03.486+02:00</updated><title type='text'>Bałtyk</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam nastrojone pianino (szerszej o tym zob. wczorajszy blog po niemiecku, niestety tekst powstał w formie nieprzetłumaczalnej - dla mnie). To jest tak jak posprzątane mieszkanie. Jednak muszę wyjechać. Do Stralsundu. Tam czeka na mnie drugie, niesprzątane mieszkanie. A W. również potrzebuje wsparcie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111771769331048839?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111771769331048839/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111771769331048839' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111771769331048839'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111771769331048839'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/06/batyk.html' title='Bałtyk'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111763858966007318</id><published>2005-05-31T23:18:00.000+02:00</published><updated>2005-06-01T17:09:49.660+02:00</updated><title type='text'>Niesprawiedliwie rozdawane słowa</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W dawno minionym „Czasie“ (czytam wyłącznie stare gazety) czytam, że słowa więcej nam powiedzą niż zapachy. Uczestnikom w eksperymencie podano zapachy do wąchania i jednocześnie pokazywano im słowa. Udowodnili, że ten sam odór odbiera się jako przyjemniejszy, kiedy ma się przed oczami słowa „ser cheddar“ niż kiedy ma się przed oczami słowa „zapach ciała“. Nawet jak probandom podano czyste powietrze, reagowali z „prawie identyczną aktywnością mózgu“ na te słowa. Ser cheddar zawsze lepiej został oceniony niż zapach ciała. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jan Faktor, tegoroczny laureat nagrody Döblina, czytał w niedzielę w nowym przezroczystym budynku Akademii Sztuk Pięknych na Placu Paryskim z niepublikowanej powieści „Schornstein“ (Komin). Jeden fragment kończył się zdaniem: „Czuła zapach Auschwitz i padła.“&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co to więc znaczy?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111763858966007318?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111763858966007318/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111763858966007318' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111763858966007318'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111763858966007318'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/05/niesprawiedliwie-rozdawane-sowa.html' title='Niesprawiedliwie rozdawane słowa'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111763822555758102</id><published>2005-05-31T23:02:00.000+02:00</published><updated>2005-06-01T17:07:20.276+02:00</updated><title type='text'>Niesprawiedliwie rozdane ciepło</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Japonii było to oczywiste. Że nie każdy miał lub znalazł dostęp do ciepła. A tutaj przydział czegokolwiek dokonuje się w sposób bardzo zawiły. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj wieczorem, wracając do domu zatrzymałam się koło Basenu Anioła: pięciu łabędziątek spało w trzcinie. Łabędzica wystroiła się. Łabędź pozwolił sobie w knajpie kieliszek. Jak w prawdziwym życiu. Ja po dwóch i pół godziny Tai Chi czułam się k.o. Jak po meczu bokserskim. Miałam lekcję dodatkową (sama, bo nikt inny nie przyszedł) a potem normalną z grupą. I przecinałam na rowerze dwa razy miasto. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś rano się obudziłam i tak fatalnie ból się rozgościł we wszystkich kościach, że postanowiłam brać kąpiel. I czytać Jurewicza (Popiół i wiatr). Spotkałam go na targach w Warszawie. Nieco przerażona. Parę lat go nie widziałam. Alkohol bardziej rysuje się w twarz niż czas. Ściskał mnie mocno. Nadal jest wysoki. Trząsł się cały. Zaczęłam czytać „Popiół i wiatr“ w pociągu. I zastanawiałam się, jak długo i jak intensywnie autor może wywoływać utraconą krainę dzieciństwa? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W wannie. Z rozmarynem. Kręgosłup boli. Wszystkie mięśni. Skóra podrażniona. Za dużo Chi, powiedział W. przez telefon komórkowy. Maszerował w Stralsundzie w ulewie przez campus na zajęcia. A Jurewicz który to raz opisuje daremną próbę odzyskania Lidy? Miejscowości na Białoruś, którą opuścił mając pięć lat. Jurewicz który to raz opisuje tęsknotę za krajobrazem, za domem, za pokojem? Pełno niuansów i wstrząsająco do głębi. Po raz który? Ujmuje w słowa to, czym jest smutek. Czym jest samotność. Czym jest to, czego człowiekowi brak w życiu. Co odczuwa. Boleśnie. A ja. Dumnie. W wannie. Z wodą już zimną. Niczego nie odczuwam. Oczami wlepiam się w przypomnienia Jurewicza, palcami uczepiam się okładką. Obnażona w zimnej wodzie rozmarynowej. Chłodne przekonanie, że ze mną wszystko jest odwrotnie. Nie dość, że nic mnie nie obchodzi moja złota ojczyzna, i że nie tęsknię za żadnymi miłymi ciotkami i wujkami, że odgraniczam się absolutnie zimowych miesięcy, pozbawionych słońca, mojego dzieciństwa. Nie. Nie dość. Napisałam powieść o nie całkiem fikcyjnej postaci. Pojechałam do Ameryki. Ponieważ tam istnieją ślady po mojej bohaterce, i krewni. I znalazłam dziadka. Pierwszego i jedynego dziadka w moim życiu. Teraz tęsknię za pewną wsią w Pennsylvania. Za jednookim koniem. Znalazłam babcię. Całą rodzinę. Która przyjęła mnie otwartymi ramionami.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111763822555758102?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111763822555758102/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111763822555758102' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111763822555758102'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111763822555758102'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/05/niesprawiedliwie-rozdane-ciepo.html' title='Niesprawiedliwie rozdane ciepło'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111740269263575397</id><published>2005-05-29T23:37:00.000+02:00</published><updated>2005-06-01T17:05:03.346+02:00</updated><title type='text'>Lekcje niedzielne</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano. Tai Chi w parku przed kościołem. Potem wizyta u młodych łabędzi w Basenie Anioła. Odrabiały właśnie pierwszą lekcję życiową. Po powrocie z Warszawy już nie było mrozu w nocy. Wczoraj mieliśmy nawet dzień majowy z najwyższą temperaturą (34°) od ponad stu lat. Wychodzę więc rano i robię wolne ćwiczenie pod Archaniołem. Wytrzymuję, że sąsiedzi mnie śledzą. Z daleka lub z bliska. Emeryci i chodzący do kościoła. Łabędziątka podrosły już dwukrotnie. One też wytrzymują, że ja ich śledzę. Z daleka. Dziś musiały się nauczyć, że rodzice ich opuszczają. Dorosłe łabędzi wzlatały na drugi koniec Basenu Anioła. Maleństwa spróbowały ich dogonić, śmiało pływając w ich kierunku. W tym momencie rodzice znowu wzlatywały, trzepocząc hałaśliwie skrzydłami i lądowały w przeciwnym kącie. Maluchy zmieniły kierunek. Z zapałem. Od razu. Szukały. A rodzice znowu znikały. Powtarzały to kilka razy. Potem wszystkim pięciu łabędziątkom pozwolono wracać do bezpieczeństwa zamkniętej kolejki. Pływały gęsiego, z przodu łabędzica, z tyłu łabędź. A może odwrotnie. Zastanawiam się, czy człowiek też tak w takim tempie musi się nauczyć. Samotności. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W południe w Akademii Sztuk Pięknych. Wręczenie nagrody Alfreda Döblina Janowi Faktorowi. Nowy budynek ze szkła na Placu Paryskim, uroczyste otwarcie obyło się dopiero tydzień temu, boryka się z przykrościami bytu. Upał majowy osadzał się już dobrze na przezroczystych salach. Toalety znajdują się na najniższej kondygnacji, na drugim piętrze pod parterem. A prywatna służba bezpieczeństwa co kroku przeszkadza zwykłemu człowiekowi w przekroczeniu niewidocznych progów. Katja Lange-Müller czytała nam kawałek Döblina o miłości. Laudator wygłosił mowę pochwalną. Nieprzyzwoitą. Bo mówił takim językiem, obejmował świat taką gestykulacją, jakby on tu był najważniejszą osobą. Laureat dostał nagrodę (kopertę i pojedynczy żółty kwiat) i przeczytał dwa fragmenty z niepublikowanej powieści „Schornstein“ (komin). Mowa była przede wszystkim o zapachach, wydziewach ciała i odchodach. Straciliśmy wszyscy apetyt na pieczeń niedzielną. A mimo wszystko podali po wszystkim szampana na tarasie dachowym. Nigdy nie przestaję się dziwić. Taki widok na Berlin jeszcze nie miałam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem chciałam zaparzyć herbatę z ume. Chciałam się pogodzić z Japonią. Otwierać pojemnik, który kupiłam na Tsukuba-San. W środku paczki foliowe. I malutką łyżeczką z plastyku. Niebywałe. Myślę z lekkim sentymentem. W Japonii troszczą się o człowieka. I otwieram nożyczkami jedną folię. Jestem zaskoczona – biały jak śnieg, drobny proszek. Dobrze, że nic nie wiedziałam o tym. Na granicach i lotniskach poza krajem. Gdzie zawsze mój bagaż został sprawdzany wielokrotnie. Proszek jest podejrzliwy, rezygnuję więc z pierwotnego planu, zaparzenia herbaty w chińskim czajniku glinianym. Używam łyżeczkę. Sypiam tyle, ile się niej mieści do zwykłego kubku, i zalewam wrzątkiem. Jestem przygotowana na wszystko. Na nadmierną ilość słodyczy. Płyn staje się brunatny. Ale przezroczysty. Łykam raz. Śmiało. Jak łabędziątka. Kiedy zmieniają kierunek na bezkresnej, dla nich, tafli wody. By zdążyć za ojcem i matką. Ale z tym się jednak nie liczyłam. Niby herbata z kwiatów śliw z góry Tsukuba-San. A ma słony smak. Ja „gorący kubek“, ulubiona zupa teściowej. Rosół z kury. Bulion posilny. W nosie zapach wiosennych kwiatów. A na języku smak pieczeni niedzielnej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111740269263575397?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111740269263575397/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111740269263575397' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111740269263575397'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111740269263575397'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/05/lekcje-niedzielne.html' title='Lekcje niedzielne'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111731473733756316</id><published>2005-05-27T23:11:00.000+02:00</published><updated>2005-05-28T23:12:17.340+02:00</updated><title type='text'>Trening mózgu</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzy miesiące temu opuściliśmy Japonię. Jestem więc dłużej poza krajem niż byłam kiedykolwiek w kraju. A on mnie nie puści. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podczas promocji antologii na temat „WSTYD“ w sali zbiorów odlewów ktoś czytał fragment z wywiadu. Japończycy przepraszają, kiedy rozdają prezenty: „to jest nic, co Ci dam, to jest bardzo niedobre, przepraszam, że muszę Ci to podarować ...“. Za tym kryje się, czego wywiad w antologii nie wyjaśnia, społeczna konwencja, że za każdy „niedobry“ prezent trzeba się odwdzięczyć „lepszym“ prezentem. To wymaga grzeczność. W taki sposób rozdarowuje się czasami z rozpaczy dom, majątek i nieskazitelny biały samochód. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hiroko przepraszała za trzęsienie ziemi w Tsukuba. Za to, że doznałam przez nie nieprzyjemności, że wyrwało mnie ze snu, i że równowaga moja została zakłócona na moment, na godziny, a może już na zawsze &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już dawno złapała mnie stara rutyna. Parę dni tu, parę dni tam. Stralsund. W. Berlin. Warszawa. Archanioł. Lodówka. Komputer. Wirusy. I tak dalej. Wszędzie i zawsze zasypiam, jeśli trzeba i można. Tylko jedno zostaje w dalszym ciągu dla mnie nie do pokonania: codzienna droga do pianina. Ostrożnie się zbliżam. Stara Legnica jest rozstrojona. I ma powodów do tego. Ja nie mam spokoju. Nie mogę się umówić ze stroicielem. Palce są nie posłuszne. Na klawiaturze komputera jakoś sprawniej się zachowują. Na pianinie nawet umiarkowana gama w tonacji A się nie udaje. Nie mówiąc o akordzie w trybie minorowym D. Muzyka jest, czytam dziś w starej gazecie, „nosicielem języka dla naszej pamięci“. Ostatniej nocy śniło mi się znajoma ze Szwajcarii. Kiedyś była zakonną. Pewnego dnia wyszła z klasztoru i z kościoła katolickiego. Uniezależniła się. W pierwszym momencie nie poznałam jej w śnie. Ponieważ ona, tak samo jak ja, postarzała się. Piętnaście lat, może dwadzieścia minęły. Przykro mi było bardzo. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Muzyka, mówi neurolog w gazecie, stawia „najsilniejszym bodźcem dla plastyczności nerw“. Słuchać muzyki i grać muzykę jest ciężką pracą. Muzyka już po krótkim czasie powoduje neuronalne połączenia i ożywia współpracę naszych półkuli mózgu. Ludzie, którzy śpiewają lub grają na jakimś instrumencie, zostają wspierani w ich „emocjonalnej inteligencji“. Oddawanie się muzyki sensybilizuje zdolność percepcji. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ćwiczyłam dziś Bacha. Carl Philipp Emanuel. Johann Christian. Wilhelm Friedeman. Sonatę na skrzypce z towarzyszącym klawesynem. Menuet Christian Petzold. Ze zbiorów Bacha, przypis 115.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Coś jednak gwałtownie broni się we mnie przed pamięcią roboczą, z pomocą której mózg i opuszki palców rozpoznałyby skomponowanych struktur i porządków.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111731473733756316?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111731473733756316/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111731473733756316' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111731473733756316'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111731473733756316'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/05/trening-mzgu.html' title='Trening mózgu'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111731463070898223</id><published>2005-05-26T18:34:00.000+02:00</published><updated>2005-05-28T23:10:30.713+02:00</updated><title type='text'>Wyczerpania</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znowu weekend w środku tygodnia. Znowu nastrój wieczoru niedzielnego już w czwartek przed południem. W. przybył do Berlina. Ja z Warszawy. Na własny wieczór autorski. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kawiarnia przy Basenie Anioła urasta. Po obu stronach kontenerów ustawiono dodatkowych stołów i ławek. Brzegi zostały umocnione i zażwirowane. Trzcina z wody urasta do nieba. Przedwczoraj łabędź-matka siedziała jeszcze na jajkach. Od wczoraj pięć małych, puszystych, jasnobrązowych kłębków walczy z wodą. Rodzice ich odprowadzili na drugi, spokojny brzeg. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj po południu, w drodze do własnego występu, słońce prażyło nieznośnie, zboczyliśmy jeszcze do miasta. Rzadko jesteśmy razem w ciągu dnia w Berlinie. Zwiedzaliśmy pomnik Holocaustu. Zwiedzaliśmy? Obchodziliśmy pomnik dla zamordowanych Żydów europejskich. Tak brzmi oficjalna nazwa. Na drogowskazie przy Placu Poczdamskim. Zaczyna się na przydrożach. I kończy w piekle. Schody prowadzą na dół, w różnych miejscach, do wyjść awaryjnych. Nie ma określonego, zdefiniowanego wejścia ani wyjścia. Jest bez początku. I bez końca. Bez napisu. Bez portalu. Tylko wkładana w ziemię, niepozorna, przekraczalna, tablica z brązu z regulaminami „zachowuj się!“. Porządek domowy dla nie-domu. Do którego możemy wchodzić w dowolnym miejscu, w każdą porę dnia i nocy. Pole z stelami Eisenmana. Ulokowane między Bramą Brandenburską a Placem Poczdamskim. Obok budowli, gdzie powstaje pod masywnymi środkami bezpieczeństwa, nowa ambasada Stanach Zjednoczonych. Rozległe, podobno, jak pole futbolowe. A odkąd zostało oficjalnie otwarte, nie tylko dzieci bawią się na nim w chowanego. Nie tylko dorośli robią zdjęcia pamiątkowe. Nie tylko turyści siadają na płaskich stelach, na krawędzi pomnika i kodeksu drogowego. Jak na ławkach w parku. Co gorzko komentują zrzeszeni ofiary, znawcy dziejów i świadomi wstydu i grzechu. Udaliśmy się w starannie ułożoną plantację stel. W spadzisty teren kamienny. Patrząc z zewnątrz, z ulicy, z pasku dla rowerzystów, z chodniku, z parku „Tiergarten“, z balonu na uwięzi, z budynku firmy Sony, ze szklanej kopuły „Reichstagu“, znika zwiedzający. Od razu. Zwiedzający? Pomnik go wchłania. Bez słowa. Szare steli urastają nad naszymi głowami. Bez ozdób. Prostokątne rogi. W regularnych odstępach. Geometrycznych. Z lekkimi tylko odchyleniach. Deklinacjach. Nicość. Absolutna nicość. Nieobecność, Absolutna nieobecność. Śladów. Szpar. Korzeni. Ale już ciepła pod słońcem. Pod dłonią. W zawczasu upalnym dniu majowym. Jakimś cudem dla nas obecnych miasto zostaje cały czas widoczne. I słyszalne. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem czytałam w sali zbiorów odlewów gipsowych zamku Charlottenburg po raz pierwszy publicznie „Bajka nie bajka“. Dziś czuję się nadal wyczerpana własnym tekstem. I przez cały dzień nie przechodziło mi ani słowa przez usta. W. został dwie godziny dłużej. Nieprzytomnie odprowadziłam go koło południa na dworzec. Po powrocie popadłam w głęboki sen.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111731463070898223?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111731463070898223/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111731463070898223' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111731463070898223'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111731463070898223'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/05/wyczerpania.html' title='Wyczerpania'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111667168638261389</id><published>2005-05-21T12:24:00.000+02:00</published><updated>2005-05-27T23:04:06.653+02:00</updated><title type='text'>Snieg</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warszawa 2: Zegnalam sie przed chwila z Mistrzem i jestem smutna. Zaraz wracam do szalejacego zycia literackiego w Palacu Kultury. Od jutra ma byc upal. Wczoraj w Palacyku Sobanskich na Alejach Ujazdowskich. Impreza wieczorna, niezasamowita. Wstydzilam sie tam wchodzic. Czulam sie nieodpowiednio ubrana. Ale cos. Ciekawosc zawsze w koncu zwycieza. Boze, jakie slowa! Bolecka czytala to co zawsze. Powiedziala to co zawsze. Mosebacher natomiast przeczytal fragment o bialosci sniegu, tylko po niemiecku, bo tekst jest nieprzetlumaczalny. Odcienie bialosci sniegu przypomnialy mi Japonie. Wywolaly aseptycznosc azjatyckiej wyspy. Nie poczulam zadnego chlodu. I wyszlam z tego pieknego palacyka, nie pozegnajac sie z ksiezniczka, wracalam pieszo przez nocne moje miasto do metra. Pojechalam do Ursynowa. Boze, jak mi tu dobrze.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111667168638261389?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111667168638261389/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111667168638261389' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111667168638261389'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111667168638261389'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/05/snieg.html' title='Snieg'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111659915543525202</id><published>2005-05-20T16:13:00.000+02:00</published><updated>2005-05-21T12:36:00.040+02:00</updated><title type='text'>Kolejka Peerelowska</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem w Warszawie. Przyjechalam tu wylacznie z okazij promocji wznowionego wydania "Kalendarza i klepszdrz" Mistrza. Byl w swietnej formie, nabral energii chyba od wszystkich przybylych w ulewna godzine popoludniowa do Czytelnika. Po lekkiej rozmowie ustawiala sie kolejka prawdziwa z ksiazkami do Mistrza. Niektorzy przyniesli cala biblioteke, a on podpisywal sie cierpliwie i zyczliwie. A panie w pewnym wieku, ktore wielkodusznie przebaczaly "mlodym", ze nie wiedza jak stac powinnien czlowiek w kolejce, upominaly raz po raz wszystkim rowniesnikom, ze "chyba pan pamieta swoje miejsce w kolejce ... ", "ale pan stal daleko za mna ...". W pewnej chwili wybuchlam ja, ktora przeciez nic nie pamieta. "Pewne jest tyle" odwracalam sie do pani w czerwonym kostiumie, "ze pani stoi za mna, bo tak bardzo pani chce sie pchac przeze mnie, przez moje cialo do przodu, ze zaraz tu pani popelnia morderstwo." Odparla, ze ja jej wcisnelam torbe do brzucha. Moja torba jest czescia mojego ciala. A przede mna nie ma miejsca. Na nic.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111659915543525202?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111659915543525202/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111659915543525202' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111659915543525202'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111659915543525202'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/05/kolejka-peerelowska.html' title='Kolejka Peerelowska'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111631568244950403</id><published>2005-05-17T09:39:00.000+02:00</published><updated>2005-05-17T09:41:23.216+02:00</updated><title type='text'>Berlin jest i będzie kolorowy</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed chwilą było jeszcze zimno. Karnawał Kultur. Zielone Świątki. Zimni Święci. Mamertus, Pancratius, Servatius, Bonifatius i Zimna Zofia. Dziś pierwsze śniadanie na balkonie. Z W. i archaniołem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed chwilą jeszcze tłumaczyłam. Popołudniu pojadę do Warszawy. Zostawiam, po raz kolejny, pustą lodówkę. Dużo lało podczas ostatniego lata. Przetłumaczyłam scenariusz do filmu według powieści Güntera Grassa „Wróżby kumaka“ z polskiego na niemiecki. To żaden żart, tylko polsko-niemiecka co-produkcja. Kilka dni temu dostałam następne zlecenie. Przez telefon. Transkrypcja i tłumaczenia dwóch wywiadów. Dla książki, która ma powstać według filmu. Według filmu, który powstał według książki Grassa. Znowu nie żart, tylko środek reklamowy. Zgodziłam się. Terminy pasują. Zimnych Świętych przeżywa się najlepiej w domu przy biurku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed chwilą jeszcze miałam migotania w oczach. Wywiady, jeden z polskim reżyserem Robertem Glińskim, a drugi z polską aktorką głównej roli, Krystyną Jandą, dostałam pocztą. Na taśmie. On mówi 32 minut, ona 40 minut. Wydaje się niepozornie. Przetwarza się w 20 godzin pracy. Niemieccy co-producenci chcieli mnie dostarczyć wywiady na kasecie VHS. Odmówiłam. Przed telefon. Podałam nie „z powodów technicznych.“ Nasze mieszkanie pod archaniołem już od ponad roku wolne jest od telewizora. Na szczęście. Myślę teraz. Bo inaczej musiałabym spędzić 20 godzin pracy siedząc na podłodze przed tym brzydkim meblem. Musiałabym przesunąć biurko z mojego pokoju do tej skrzynki. Musiałabym instalować komputer przed nią. Miałabym przed oczami ekran przed ekranem. I na kolanach musiałabym obsługiwać odtwarzacza wideo. Już nie jestem w Japonii. Przez 20 godzin nie widziałam żadnej twarzy. A mimo to oczy pieczą. Od przewijania w przód i w tył taśmy dźwiękowej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed chwilą jeszcze rozmyślałam się nad pomysłem, który mnie zajął już całe przeszłe deszczowe lato. Zaniedbałam W., wszystkich przyjaciół i dziadka w Ameryce. Dlaczego, na miłość Boską, Grass wpadł na pomysł, że trzeba wyeksplikować niemiecko-polskie pojednanie na przykładzie cmentarza? I dlaczego taki właśnie pomysł spodoba się polskim co-autorom scenariusza, polskiemu reżyserowi, polskiej telewizji, polskim co-producentom, polskim pieniądzodawcom? Krystyna Janda śmieje się, płochliwa jak sarna, na taśmie. W mojej pracowni. I powie, ile razy ja sobie tylko zechce, ile razy przewijam głos w tył i każe mu zaczynać od nowa zdanie, że jej ani jako osoby prywatnej ani aktorki roli głównej w filmie ten temat nie interesuje ani dotyka. Że martwią ją całkiem inne rzeczy. Drobiazgi, przyznaje. Że, na przykład, spędziła wiele bezsennych nocy, ponieważ w scenariuszu jest napisany, że Aleksandra Piątkowska, Polka, którą ona gra w filmie i przez którą reprezentuje Polskę, w roku 1989 na stoczni gdańskiej ma zapalić papierosa od zniczy przed pomnikiem zamordowanych stoczniowców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jadę do Warszawy. Spotkam się z Tadeuszem Konwickim, moim Starym Mistrzem. „Kalendarz i klepsydra“, dziennik jego z roku 1974 nareszcie ukazał się w nieocenzurowanej wersji. Czekam na to wydanie od 15 lat, razem z innymi. Czas jest względny. Znowu mnie nie będzie przed tydzień. W niedzielę pobyliśmy z W. parę godzin na ulicy Hasenheide. Uwolniłam oczy od taśmy dźwiękowej i śledziłam tańczących ludzi na brzegu Waterloo. Karnawał Kultur. Zielone jak trawa wiosenna baloniki unosiły się do zachmurzonego nieba. Opuszczone z rąk dzieci. I z nimi nadęte słowa „Berlin jest i będzie kolorowy“.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111631568244950403?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111631568244950403/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111631568244950403' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111631568244950403'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111631568244950403'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/05/berlin-jest-i-bdzie-kolorowy.html' title='Berlin jest i będzie kolorowy'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111527464701332487</id><published>2005-05-04T20:29:00.000+02:00</published><updated>2005-05-05T08:30:47.020+02:00</updated><title type='text'>Płatki kwiatów czereśni</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczorajsza burza rozszarpała berlińskie czary kwitnących czereśni i magnolii. A teraz leży na rowach przydrożnych. Przykleił się do samochodów nocujących na alejach pod drzewami. Rano pojechałam na rowerze na Tai Chi i zdziwiłam się na Bergmannstraße karoseriami różowo nakrapianymi. Japonia na Kreuzbergu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pracuję. piszę. Wstaję rano. Siedzę nocą z Marią K. w knajpie. Moje życie pełne jest Marią K. Całkiem niewinnie namówiła mnie do napisania tekstu dla konkursu literackiego. Pewnie masz cos na ten temat. Powiedziała. Chytra. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moje teksty z Japonii składają się na książkę. Wystarczy zbierać teksty pod pewnym określeniem i już polepsza się samopoczucie. Teraz mam dwie książki a żadnego wydawnictwa. Po niemiecku. A po polsku mam aż trzy. A żadnego wydawnictwa. Listonosz wręczył mi wczoraj przed burzą antologię pod tytułem „Wstyd“. Wszystko prędzej lub później dojdzie do wewnętrznego jak i zewnętrznego ładu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiaj sama byłam na Tai Chi z Lizzy. Teraz i ludzie znowu nazwane są. Na balkonie domu na przeciwko widziałam faceta. Obnażonego po pas rozmawiał z komórką. Niedawno wieczorem go też widziałam. Tak samo obnażonego. Ponad balustrady wystają tylko plecy. Lub pierś. Zależnie od niepokoju. W komórce. W uchu. Wtedy zwiedzał nas wiatr pustynny. Temperatura nagle skoczyła na 30°. Podczas gdy jedwab przylepił się do mojego ciała pytałam siebie, czy facet cały jest goły. Dzisiaj rano w ciągu naszej walki z cieniem we dwoje nałożył czerwoną koszule z krótkimi rękawami. Po burzy drzewa pozbawione są dojrzewającej różowości. Są teraz dorosłymi. Jak facet w lnianej koszule. Siada. Do śniadania. Z komórką nadal przylepionej do uchu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jutro wyjeżdżam. Do Ahlbeck. Na Tai Chi nad morzem. W niedzielę przyjedzie po mnie W. Spędzam z nim początek tygodnia w Stralsund. Wezmę laptopa i pracuję.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111527464701332487?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111527464701332487/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111527464701332487' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111527464701332487'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111527464701332487'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/05/patki-kwiatw-czereni.html' title='Płatki kwiatów czereśni'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111488573993320927</id><published>2005-04-30T20:28:00.000+02:00</published><updated>2005-05-02T17:31:34.100+02:00</updated><title type='text'>Japonia</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prawdziwe zgrozy chwytają mnie dopiero dziś. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobno, słyszę teraz u nas, Japan Rail West wywiera wielki nacisk na współpracowników by uniknąć opóźnienia pociągów. Shinkanseny, na przykład, w ostatnim roku przeciętnie spóźnione były o 6 sekund (!). A to ma się zdecydowanie polepszyć w tym roku, domaga się management. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;13-ego lutego oglądaliśmy w Tsukuba wiadomości wieczorne w języku angielskim. Na koniec, jak zawsze był sport. Pokazano nam uśmiechnięta Ai Miyazato w żółtej jak słoneczniki bluzce, nową mistrzynią świata w golfie kobiecym. Poproszono ojca o słowo przed kamerą. Cięcie. Niewzruszona japońska twarz męska mówi – Jestem bardzo dumny z mojej córki, ale ona musi dużo jeszcze ćwiczyć, by osiągnąć lepsze rezultaty. Cięcie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobno kierowników pociągów spóźnionych wysyła się do „doszkolenia“. Muszą się podczas wielu tygodniowego dręczenia psychicznego przyznawać do własnej podłości w stosunku do społeczeństwa. Muszą żałować. Odpokutować. Obwiniać siebie samego. Publicznie. Pisemnie. Bezustannie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W każdym przewodniku o Japonii znajduje się na pierwszych stronach przysłowie, które podobno dzieciom w szkole od pierwszego dnia zostaje wbite do głowy. „Gwóźdź, który wystaje trzeba wbić“. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobno kilku jest wypadków, że „doszkolenie“ kończyło się samobójstwem „doszkolonego“. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wspomniany kierownik opuścił ostatnią stację z opóźnieniem o półtorej minuty. Ponieważ tam za późno hamował, pociąg za daleko się potoczył i musiał się cofnąć o 8 metrów. I ten manewr kosztował kierownika cennej półtorej minuty. W Japonii ludzie sortują się po torach według różnobarwnych, nakreślonych na peronach linii. Zależnie od rodzaju pociągu. Zależnie od przedsiębiorstwa kolejowego. Nikt nie czeka tak sobie, bez orientacji, na dworcu na pociąg. Kto chce jechać pociągiem, musi stać na właściwym miejscu, we właściwej kreski kolorowej na podłodze. A żeby włączyć się do prawidłowej kolejki na prawidłową kolej, trzeba wiedzieć, na jaki rodzaj pociągu się czeka. Czy z 5 wagonami, czy z 7. Czy dwupiętrowy, czy nie. Z wagonem restauracyjnym, lub bez. Miejsce palące lub niepalące. Wagon z rezerwacjami czy bez. Od takiego lub innego towarzystwa kolejowego. Czy prywatny czy państwowy. I tak dalej. Każda formacja ma inne odstępy między wagonami i między drzwiami. Pociąg który tylko 8 milimetrów obok czerwonej lub żółtej kreski na peronie się zatrzymuje, przewraca wszystko. Porządek. Życie. Świat. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobno młody dosyć kierownik pracował dopiero od niecałego roku dla Japan Rail West. I miał za sobą już jedno „doszkolenie“. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobno jest nie do pomyślenia, jak przeżyć drugie „doszkolenie“. A przed trzecim „doszkoleniu“ dobrowolnie trzeba prosić o zwolnienie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kierownik pociągu musiał nadgonić dziewięćdziesiąt sekund spóźnienia. Cięcie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po trzech dniach wydobywali zwłoki jego w Amagasaki z całkiem zmiażdżonej kabiny maszynisty. Cięcie. Zimna ręka wcisnęła drążek hamulca.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111488573993320927?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111488573993320927/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111488573993320927' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111488573993320927'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111488573993320927'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/japonia.html' title='Japonia'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111487334352014043</id><published>2005-04-29T17:01:00.000+02:00</published><updated>2005-05-03T17:59:43.340+02:00</updated><title type='text'>Rower przy maszcie flagowym</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj wieczorem w Bundesracie. Otwarcie wystawy „Wiosna jesienią“. Maria K. dostała zaproszenie ważne dla dwóch osób – i wybrała mnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To niecodzienna atrakcja – wieczór w Bundesracie, w dawnym pruskim Domu Pańskim. Posiedzieć w sali plenarnej na fotelach premierów i ministrów (objęłyśmy miejsca z Saary) i posłuchać Szopena (podczas przerw w przemówieniach) oraz różnych mówców (mowy powitalnej, słowa powitalnego, wykładu uroczystego i wprowadzenia w tematykę wystawy). Stanąć w kuluarach ze szklanką szampana w ręku. Podziwiać „trzy Gracje“ Rebeccy Horn. Skosztować przekąski ze srebrnych tacach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wystawa - „Wiosna jesienią“. Od polskiego listopada do niemieckiego maja. Europa narodów 1830-1832 – interesowała nas średnio. Maria K. zaliczyła ją sobie już w Lipsku a ja czułam się już przez sam tytuł jak obita. Oprócz tego wykładowcy ciągle powołali się na „powstańczość“ Polski (czy Polaków?), co ani po polsku ani po niemiecku („Aufständischkeit“) nie jest łatwo strawne. Ja miałam ochotę na wino. A Maria K. była głodna. Najpierw nic prawie nie było do jedzenia. Minimalne porcje bigosu w cieście chlebowym. Czysty barszcz czerwony w filiżankach do mokki ze szczypiorkiem. Lech i tyskie z beczki. Dopiero jak masy zaczęły się wynieść po cichu, kelnerzy podali filety rybne z ogórkami koperkowymi (pyszne!). Kawior na Rösti (cud prawie helwetycki!). Polskie kabanosy. Śledzie z surową cebulą. I ciasta. w kolorach wszystkich narodów. Całe szczęście, dotrwałyśmy. Przy stoliku dalekiego kolegi po piórze, który mnie (Maria K. tymczasem świetnie się bawiła z jego towarzyszką) męczył pytaniami takimi jak „Niech Pani powie, co Pani myśli o roku Gombrowicza w Polsce?“. Albo: „Niech Pani powie ... (trzy razy już prosiłam go, żeby mówił do mnie przez Ty) ... czy istnieje dobra gramatyka języka polskiego?“. I, po dłuższym namyśle: „Niech Pani powie, czy to prawd, że poeci poznańscy zaćmieni są przez kolegów z Warszawy lub Krakowa?“ Na dworze nadal jasno. Akordeonista grał polskie piosenki ludowe. Jeden jedyny facet, w białej koszuli, z krawatem, melancholijnie wtórował basem. Pełnym głosem. Półleżąc w jednym z niewielu foteli z prawdziwej skóry. Wyciągniętymi długimi nogami. Nie ma tu Polaków. Powiedziała Maria K. Teraz wszyscy by zaśpiewali. I wprawili w trans Gracje Rebeccy Horn „w nigdy nie używanej przestrzeni nad halą“.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na pożegnanie Bundesrat wręczył nam reklamówkę. W środku leżał niewinny katalog pod niemieckim tytułem „Polenbegeisterung“ (mniej więcej tak: „natchniony Polską“), który obok kolorowych ilustracji prezentuje nam wszystkie słowa powitalne, mowy witalne, wykłady uroczyste i głosy prasowe ze wszystkich dotychczasowych stacji wystawy objazdowej. I garstka materiałów politycznych. W języku niemieckim i polskim. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szwajcar prosił mnie, żebym następnym razem („kiedy Pani ponownie będzie naszym gościem“) nie przywiązywała rower do jednego ze czterech masztów flagowych. Że musieli zdjąć jedną z flag i wymienić. I że mają z tym zawsze straszne kłopoty, jak grube dziś zamki rowerowe owijają maszty. Nad placem poczdamskim wiszą resztki światła dziennego. Pytamy się, Maria K. i ja, która z flag musieli zdjąć w ciągu wieczoru? Niemiecka? Polska? Europejska? Lub flaga z Brandenburgii (ponieważ prezes ministrów Platzeck, obecnie również prezydentem Bundesratu, ochroniony sztabem policyjnym opuścił miejsce wydarzeń po skończeniu protokółu)?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111487334352014043?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111487334352014043/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111487334352014043' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111487334352014043'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111487334352014043'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/rower-przy-maszcie-flagowym.html' title='Rower przy maszcie flagowym'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111463275892978370</id><published>2005-04-27T22:12:00.000+02:00</published><updated>2005-04-29T22:39:30.800+02:00</updated><title type='text'>17,88</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem niezrównoważona emocjonalnie. Konstatuję i wcale się nie dziwię. Wczoraj przygnębiające poczucie wieczoru niedzielnego. Mimo że było wtorek. A dziś absolutny wyż po krótkiej rozmowie telefonicznej z Warszawą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponad 20 kilometrów jechałam przez miast, na rowerze, mimo obfitych deszczów. Przeciętna prędkość: 17,88 km na godzinę. Powoli odzyskam dawną fizyczną sprawność. I tempo dnia. Odnalazłam komputer rowerowy i puściłam w ruch.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Amagasaki zginęło koło stu ludzie. Znam te pociągi. Konstatuję i wcale się nie dziwię. Wczoraj sama jeszcze jechałam takim. W Fukuoka zmienił kierunek jazdy i wszyscy zrywali się, obudzili tych, co spali, a było ich sporo. Pospiesznie obracali wszystkie siedzenia w przepełnionym pociągu. Japończycy nie są w stanie jechać pociągiem tyłem do kierunku jazdy. Tego im zdrowie nie pozwala. My, profesor i ja, nie mieli pojęcia, co się dzieje. Dopiero co wsiadaliśmy, rozpakowaliśmy lektury na długą podróż, wsadzaliśmy przewodniki, podręczniki, instrukcja nowego aparatu digitalnego do siatki na przednim siedzeniu. I nagle wszystko było rozłożone po całym wagonie. Pomagające ręce chwytały nasze papiery i wręczyły. W Japonii nic nie ginie, co można dotknąć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111463275892978370?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111463275892978370/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111463275892978370' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111463275892978370'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111463275892978370'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/1788.html' title='17,88'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111437904035131159</id><published>2005-04-24T23:42:00.000+02:00</published><updated>2005-04-25T10:51:03.853+02:00</updated><title type='text'>Deklaracje</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Udało mi się usunąć wszystko z mojego biurka. &lt;br /&gt;Udało mi się przemilczeć niedzielę. &lt;br /&gt;Siedzę nic nie mówiąc. Na balkonie. &lt;br /&gt;Ani słowa. Nie napiszę. &lt;br /&gt;A nie powiem. &lt;br /&gt;Z wyjątkiem rozmów telefonicznych. Nad ranem W. Z Londynu. Przed obiadem teściowa. Z Berlina. Po południu. Po szwajcarsku. Z J. w Londynie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W. zwiedza w Londynie wystawę Caravaggio. 16 obrazów. Ogląda dziś i jutro.&lt;br /&gt;Ja dziś uprzątam biurko. Chronologicznie włączam dowody do akt. Na deklarację podatkową. Piękno księgowania w tym właśnie, że w pewnym momencie wszystko znika z powierzchni. Cały rok. Niezliczone sprawunki. Niesamowite ruchy. Próżne starania. W jednej deklaracji. Dla urzędu skarbowego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedzę za zaśnieżonym biurkiem i uwolniona od słów patrzę w noc.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111437904035131159?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111437904035131159/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111437904035131159' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111437904035131159'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111437904035131159'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/deklaracje.html' title='Deklaracje'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111429278904945531</id><published>2005-04-23T23:45:00.000+02:00</published><updated>2005-04-25T10:56:31.106+02:00</updated><title type='text'>Dialogi</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj nie udało mi się napisać ani słowa. Wymawiałam je wszystkie. Wyrzuciłam je z siebie do Basenu Anioła. Złożyłam ofiarę otwartym skrzydłom Archanioła. Przy najpiękniejszym słońcu. Siedziałam prawie cały dzień w kawiarni kontenerowej. W. przyjechał, wieczorem. I poszedł sobie rano. W środku nocy obudziliśmy się razem. Nie wiadomo dlaczego. Jak podczas trzęsienia ziemi w Tsukuba. Bez powodu. Przestaliśmy spać. Na moment. &lt;br /&gt;- Jak dobrze, że jesteś! – powiedział z dalekiego krańca łóżka. I zasnął z powrotem. &lt;br /&gt;Ja czekałam, aż kończy się bezsensowna myśl – Moja mowa! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słowa należą do wszystkich. Zdania też. Nie ma znaczenia, kto powie które ze słów, które z pełnych lub niepełnych zdań. Śpiąc. Marząc. Lub myjąc rano zęby szczotką. Najważniejsze. Że słowo. Że zdanie. Stoi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez cały dzień wczorajszy opowiadałam w kawiarni przy Basenie Anioła. Ręce spokojnie leżały nad blatem stołu. Palce nie miały co robić. Nie było klawiszy. Ani czarnych. Ani białych. Żadnych skoków kwartach. Żadnej drzemki po obiedzie. Żadnego laptopa. Żadnego Legnicy. Usta mi się już nie zamknęły. Ożywiałam działalność warg, języka, ślinianki. A tylko dzięki temu zrozumiałam wczoraj, przy szklance Earl Greya, że piszę wyłącznie w obcych językach. Moje mechaniczne narządy mowy ujęły to w słowa takie, że mój język ojczysty nie zna liter. I nie chce odstąpić całej substancji opuszkom palców. Że mój język ojczysty składa się przede wszystkim z spółgłosek frykatywnych. Że lubi toczące się rrrrr. Ktoś siedział naprzeciwko. I patrzył. I słuchał mnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poleciłam do Waszyngtonu D.C. i lądowałam w Berneńskim Wysokim Aargau. I tak się stało, że teraz tęsknię za jakiejś miejscowości w Pennsylvania. Za stajnią jednookiego konia. Paweł zgodził się błyskawicznie emailem. Adoptowałam go. Jest teraz moim przybranym dziadkiem. I zatrudniłam. Opiekuje się koni. Paweł posiada błogosławiającą siłę w rękach. Otworzy mu drugie oko. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czas upływa. Zaczęłam mówić. Czytać. Słuchać. Opuszczam dziś balkon. Mieszkanie. Idę na spacer. Przez Basen Anioła do Kreuzbergu. I z powrotem. Byłam na długiej nocy książek na Oranienstraße. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niecierpliwości przybywa. Jak księżyca. Istnieje teksty takie, które dotykają. Które łapią. Które są dostępne. A są takie, które wzruszają. Wprawiają w ruch. Wykluczają.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111429278904945531?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111429278904945531/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111429278904945531' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111429278904945531'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111429278904945531'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/dialogi.html' title='Dialogi'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111411078779205035</id><published>2005-04-21T21:12:00.000+02:00</published><updated>2005-04-24T23:40:05.706+02:00</updated><title type='text'>Palcówki</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Budzą się wspomnienia. Jak żar lewej pięty. Groźba amputacji skutkowała. Od południa ciepłość rozrasta się. W kierunku serca. Po łydkach, udach, plecach. Podpiera mnie w ramionach. Odpada. Przez łokcie. Aż do miękkich opuszek palców. Stoję na balkonie. Rozprawiam się z Archaniołem. Nie ma śladu po telewizji. Mimo nocnych mrozów, jakieś początki wypuszczają pędy i pączki w skrzynkach. Z ziemi, której nie udało mi się pozbyć przez zsyp. Nie miałam sił wydźwignąć skrzynki z żelaznych zakotwiczeń. Jestem słabą babą. Oj, Archaniele! Podlewam zeszłoroczną ziemię na kwiaty. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po raz pierwszy położyłam palce na białe i czarne klawisze pianina. I odczuwałam chaos. Który zobaczyłam rano na biurku. Stosy papierów. Dyskietki. Słowniki. Notatki po rozmowach telefonicznych. Płasko wygładzone mapy świata. Skrawek z gazety szwajcarskiej: „Tokio. Pierwsze metro tylko dla kobiet.“ Zapowiedzi. Zaproszenia. Których nie sposób przyjmować. Ponieważ jestem trójnożną lamą. Zdjęcie papierowe. Resztki z podróży. Znaczek poczty amerykańskiej. Niepozorny. Bilety. Na loty. Mikrogramy Roberta Walsera. Mały teatr świata. Prapremiera. Też umknęła mi. Palce trzymają postawę nad klawiszami. Ale nie znają rytmu. Nawet gamy nie lecą gładko. Ani majorowe. Ani minorowe. We wszystkich tonacji. Ręce mi dygoczą. Histerycznie. Wahają się. Cofają się. Jak dowód księgowy pod wielojęzycznym słownikiem wizualnym. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnia pocztówka z Maui, tak pisze siostra z Allschwil, dotarła dziś. Wrzuciłam ją do skrzynki na lotnisku w Honolulu. W Businesscenter. Gdzie znajdował się, jak przytakiwała pani przy kasie, letterbox. Zanim wybrałam się sama do dziadka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Palcom szumi w uszach. Terkotanie karabinu maszynowego języka japońskiego. Opuszki palców boją się przed staccato. Bezduszność regularności. Pewność lunatyków. Paznokcie mam czyste. Krótko obcięte. Do palców dociera energia z pięty lewej. To może preludium. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uderzam w klawisze. Najpierw pianina. Potem komputera. Nastawiam płytę kompaktową z drugiej paczki japońskiej. Która dotarła zwolniona od cła jak pierwsza. Stockhausen. W moim pokoju. Przepełnionym książkami, które pierwszego dnia usiłowały zatłuc mnie na śmierć. W moim pokoju. Który jest nie sprzątnięty jak nigdy. W moim życiu. W moim pokoju. Który nie może się bronić przed chaosem moich myśli. Tutaj Stockhausen kapie jak balsam. Jak lepki miód gryczany z Mazowszy. Z głośników. O grzbietach książek. O kątach segregatorów. Wspomnienia się budzą. Apartament 2108. Dom Ninomiya. Delikatny beż. Aseptyczny jak sala operacyjna. Wspaniałomyślny w swojej pustce. Funkcyjny. Otwarty dla wszystkiego ze środka. A zamknięty dla wszystkiego, co chciało się przedostać ze świata. Niemożliwe było, nastawić Stockhausena tam.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111411078779205035?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111411078779205035/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111411078779205035' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111411078779205035'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111411078779205035'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/palcwki.html' title='Palcówki'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111403393786420580</id><published>2005-04-20T23:51:00.000+02:00</published><updated>2005-04-24T23:41:48.403+02:00</updated><title type='text'>Monopol na sól</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwa dni za biurkiem. Dziś w ręcznikach. Próba skrócenia tekstu z 24 stron na 15. Wykreśl „polskość“. Wiadomość na T-Net-Box. Od wydawczyni. Ja akurat wędrowałam po tamtej stronie Odry. Ale lubię konstrukcje. Cięcie. Kręcenia spiralami. Powiem w pustym pokoju. Po powrocie. Pozbawiona sensu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnia noc zimna była. Następna będzie bardziej jeszcze zimna. Nawet publiczna wiosna nad Basenem Anioła obsadzona jest teraz mediami. Jak duże pokoje na całym świecie odkąd istnieje telewizja czarnobiała. Otwierałam nareszcie drugą paczkę z Japonii. Na wierzchu leżą niewinne białe spodnie sportowe profesora. Już zapomniałam. Również o tym. Że w Japonii wszystko przeważnie ma kolor nijaki. A pod nimi niespodzianki. Dobrze zapakowane płyty kompaktowe Shamisen. Których brak już zdążyłam odczuwać. Przypominam sobie. Teraz. I że posądziłam W., że zabrał je do Stralsundu. Nie pytając mnie. Stockhausen. 12 melodie zodiaku. Gwałtownie rozpalona żądza. Muzyka! Dynamit dla pustego pokoju. Pod materiałami „research“ (jak ja nienawidzę tego słowa!), głęboko zanurzone w „sustainability“ – prezenty z Chin. Z podróży profesora za granicy, na który do dziś nie dostał zezwolenia. Tsukuba – Pekin i z powrotem w trzech dni. Przywiozłeś mi coś? Pytanie dziecka. Erik Satie. Claude Debussy. Johann Sebastian Bach. Lekkie utwory na fortepian. Tańce. Licensed Chinese Edition. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgubiłam się za biurkiem. Został tylko zielony szalik. Szewc powiedział, że każdy człowiek nierówno zdziera buty. Schodzi obcasy. A Frieda bezzwłocznie melduje z Menznau, że jestem lewonogą i po pustyni błądziłabym na śmierć z pragnienia. Wyjęłam wszystkie buty i przewróciłam po parach do góry nogami. Na balkonie. Oko w oko. Mierzyłam skórę na podeszwy, okucie, obcasy. Szkłem powiększającym. Nigdy w życiu nie potrzebowałam żadnego szewca na krzywe obcasy. Im więcej myślę o pięciu naładowanej energii, tym słabiej chodzę. Tym bardziej sztywnieje mi kark. Tym boleśniej oddycham. Jutro rano idę do lekarza i proszę o amputacji całej lewej nogi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś udzieliłam pierwszą audiencję. W kawiarni kontenerowej nad Basenem Anioła. Nie wyszła. Jak nie wyszła polskość w moim nadętym tekście. SAT.1. kręci drugi blok nowego serialu. Obsadza Basen Anioła i kawiarnię. Obstawia całe okolice zakazami parkowania. Reflektorami. Sztucznymi parawanami. Zezwolone przez odpowiedni urząd miasta. Do zimnego wieczora. Wkrótce będzie nas we wszystkich dużych pokojach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyjęłam ze skrzynki wczorajszą gazetę z Półkantonu Basellandschaft. Nagłówek „Pierwszy czarny dym“ jest nieaktualny jak wtorek. A monopol na sól jest podstępny jak żart primaaprilisowy. Z 26 kantonów szwajcarskich 25 podlega zatwierdzonym przez radę federalną przepisie o sprzedaży soli. Zaopatruje ich Szwajcarska Warzelnia Soli nad Renem wszystkimi produktami soli. Nie wolno im kupić soli do posypywania ulic za granicy. Mimo że tam jest ona o połowę taniej. I mimo że podczas ostatniej zimy doszło do wąskich gardeł w dostawie. Bezpieczeństwo porannego ruchu na autostradach nigdy nie została poruszona. Wyjątkiem jest kanton Waadt. Ma własną kopalnię soli w Bex.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111403393786420580?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111403393786420580/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111403393786420580' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111403393786420580'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111403393786420580'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/monopol-na-sl.html' title='Monopol na sól'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111386138051733817</id><published>2005-04-18T23:54:00.000+02:00</published><updated>2005-04-20T17:32:16.666+02:00</updated><title type='text'>Na terenie własnym</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już nie ma niespodzianek. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Punktualnie o siódmej rano zagrzmiała kosiarka spalinowa przez nasz już dojrzały zieleniec przy blokach orwellowskich. Dopiero o wpół do ósmej zaczynają bezdźwięczne ręce pracować. Wyczyściają grządki na kwiaty. Grabią piasek na placu zabaw dla dzieci. Bez silników. Bez benzyny. Obudziłam się w mieszkaniu pod Archaniołem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzy dni spędziłam w Polsce a dwa w Stralsundzie. A teraz wszystko dzieje się w odwrotnej kolejności. Przyjechać. Wypakować. Pustka w lodówce. Stare gazety w skrzynce. List od Aoki-san ze zdjęciami z Toyama. My pod gęstej śnieżycy w parku miasta. My z rozochranymi włosami nad brzegiem morza japońskiego. My z parasolami. Rozpiętymi nad głowami. Lub zamkniętymi szczupłe przy bokach. Dreszcze mnie przebiegają. Temperatura zewnętrzna: 22°. I błękitne zawiadomienie. Paczkę przyjęli sąsiedzi z dziesiątego piętra. Pewnie reszta naszych rzeczy z Japonii. Dwadzieścia kilogramów papierów już dotarło zwolnione od cła. Na następne dziesięć czekamy. Ale to co w Tsukuba wydawało się absolutnie niezbędne, bez sensu stoi teraz tygodniami w dużym pokoju. Zagradza mi wyjście na balkon. Zastawia mi pierwszy krok w kierunku anioła. Jestem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Między Polską a mną nie ma granicy. Przywiozłam kilogram miodu spadziowego i pięciu kilogramów książek. Oraz pytania nad pytaniami. Kartkuję atlas historyczny. Dlaczego Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku posiada największe w Polsce zbiory obrazów, rysunków i szkic Witkacego? Dlaczego ambon w kościele miejskim w Nowogardzie, niby odrestaurowany i z czasów renesansowych, nosi napis „Anno Domini 1929“? Dlaczego w Słupsku jest pomnik Sienkiewicza? Ponieważ na tym piedestale stał Bismarck, wyjaśnił mi student. Niby fundatorem miejsca. Aż nastąpi polonizacja rejonu i katolizacja kościołów. Ani Sienkiewicz ani Witkacy nie mieli nic wspólnego ze Słupskiem. Polskich dostojnych miejscowych nie było. Wódka została u W. w Stralsundzie. Tak samo kilogram miodu kwiatowego i drewniany bijak na mięso. Pospieszne pożegnanie na przystanku autobusowym Lilienthalstraße. Zwyczajnie. Ponownie. Całusy przydrożne. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lewa pięta piecze odkąd wysiadłam z samolotu na Teglu miesiąc temu. Stwardniała skóra, myślałam i polerowałam pumeksem w wannie. Za cienka skóra, wydawało mi się potem i smarowałam rano kremem rokitnika a wieczorem wazeliną. Za dużo chi, powiedział W. w Szczecinie. Spiętrzone energie. Dziś widzę wykoślawiony obcas lewego buta. Żółty wierch obuwia jest uszkodzony. Od strony ulica. Podarty. Przewróciłam buty zimowe z czerwonej skóry jagnięcej, które nosiłam w Japonii. Badałam obcasy i zelówki. Nie rzucający się w oczy, symetryczny profil zimowy. Nie schodzony. Ani na milimetr. Zdziwiona zapakuję buty do papierowego worka i wychodzę do szewca. Daleko mnie wzięło w ostatnich dni, wytłumaczę aniołowi na dzwonnicy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pociągu czytałam gazetę „Die Zeit“. Biegi czasu ostatnich wydań. Niemcy 60 lat temu. Jechałam przez Greifswald, Anklam, Pasewalk, Prenzlau, Eberswalde, Bernau do Berlina Lichtenberg. Po tamtej stronie Odry, mówiono nam w Polsce, Czerwona Armia po wyzwoleniu zburzyła wszystkie historyczne centrum miast nad morzem. Z wyjątkiem Darłowa. Gdzie również jestem w domu. Tam można zjeść najlepszą pizzę w Polsce i najlepsze śniadanie. Po tej stronie Odry, czytam w pociągu IC biegi czasu z „Czasu“, niemieckie lotnictwo bombardowało miasta, które skapitulowały. Na przykład Anklam. Lub Eberswalde. Rzuciły bomby na sklepy. Niemieckie armaty precyzyjne. Celowały w pełny pod dach magazyn żywnościowy Wehrmachtu. W młyn, w którym znajdowały się 45 000 ton zboża. Piekło nie zna granic. Ani ja i Polska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed siódmą, obiecywał szewc, buty będą gotowe.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111386138051733817?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111386138051733817/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111386138051733817' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111386138051733817'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111386138051733817'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/na-terenie-wasnym.html' title='Na terenie własnym'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111331316679524987</id><published>2005-04-12T15:38:00.000+02:00</published><updated>2005-04-16T17:19:26.063+02:00</updated><title type='text'>Pora na szparagi</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I już zaczęło się życie po dawnemu. &lt;br /&gt;Rano. Obrzucam wnętrze lodówki pospiesznym spojrzeniem. Co mogłoby się zepsuć. Co trzeba zjeść. Co wypić. Co do zamrażarki. Pół kilograma szparagi! W. zrobił zakupy, potem gotował na kilka dni. Bez skargi sobie nagrzewałam dzienną porcję. A teraz w szufladzie na warzywa leżą świeże szparagi! Jak jako kukułcze. Gotuję je na obiad, bo wieczorem mnie już nie ma. I gnocchi. Może to być niezwykle, ale oni też są przeterminowane. Z masłem. Z czystym świeżym masłem. Myję naczynia. Wynoszę śmieci do nieba. Żegnam się na balkonem z Archaniołem. &lt;br /&gt;Nasze życie. &lt;br /&gt;Jestem umówiona z profesorem o godzinie 20:55 na dworcu w Szczecinie. Pojadę z nim i garstką studentów na krótką wycieczkę do polskiego Bałtyku. Nie chciałam z nimi jechać. Nie teraz. Ledwo w domu. Nie w tym czasie bez papieża. Do Kołobrzegu, Darłowa, Słupsku. Do Polski. Opór szybko zmiękł. Życie jest za krótkie. By opuścić choć jedną okazję wyjazdu do Polski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A potem pojadę z mężem na weekend do Stralsundu. Bo nie sposób żegnać się w Szczecinie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111331316679524987?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111331316679524987/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111331316679524987' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111331316679524987'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111331316679524987'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/pora-na-szparagi.html' title='Pora na szparagi'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111325515534510306</id><published>2005-04-11T23:31:00.000+02:00</published><updated>2005-04-12T11:20:14.223+02:00</updated><title type='text'>Sierp księżyca</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cały dzień siedziałam przy biurku i pracowałam. Tylko rano spędziłam małe trzy kwadranse z telefonem. Złożyłam matce w Liestal obszerne życzenia z okazji 79 urodzin. Wieczorem jechałam na rowerze przez miasta do Akazienstraße. Spociłam się przez Kreuzbergstraße. Serce waliło, dałam mu wolną rękę. Wróciłam w nocy. Rower sprawny, światło działa. Na niebie cieniutki sierp księżyca. Stoi tam od najwyżej wczoraj. Na Oranienstraße zrobiłam jeszcze 14 kopii. I jechałam na skrót przez Basen Anioła. Do domu. Nowa kawiarnia jest prawdziwym jasnym punktem na naszym mrocznym Wschodzie. &lt;br /&gt;Sama nie mam ochoty, usiąść. Ale kto chce, może się ze mną tam umówić. Od przyszłego tygodnia.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111325515534510306?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111325515534510306/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111325515534510306' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111325515534510306'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111325515534510306'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/sierp-ksiyca.html' title='Sierp księżyca'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111316955509881377</id><published>2005-04-10T23:45:00.000+02:00</published><updated>2005-04-10T23:45:55.100+02:00</updated><title type='text'>„Daremo shiranai“</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;bedzie&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111316955509881377?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111316955509881377/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111316955509881377' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111316955509881377'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111316955509881377'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/daremo-shiranai.html' title='„Daremo shiranai“'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111308165743119447</id><published>2005-04-09T23:20:00.000+02:00</published><updated>2005-04-20T17:28:10.230+02:00</updated><title type='text'>Basen Anioła</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczesnym latem roku 1999, kiedy po raz pierwszy znajdowałam się na zieleńcu zrekonstruowanym według historycznych planów pod wyczyszczonym archaniołem Michale, kiedy po raz pierwszy wdziałam nasze nowe mieszkanie z zewnątrz, W. pokazał mi przez szparę w ogrodzeniu placu budowy zarośnięty wzgórek. &lt;br /&gt;- To Basen Anioła! &lt;br /&gt;Mur przedostał się właśnie w tamtej chwili do mojej głowy, również do mojej! Mimo że leżał w gruzach już dziesięć lat. Poległ. Jak ołowiany żołnierzyk na polu chwały. A jednak mur wtedy podzielił mi pole widzenia, pole myślenia. Nie zrozumiałam już świata. &lt;br /&gt;- Basen Anioła – W. niewzruszony ciągnął dalej – był kiedyś małym portem w kanału przez Luisenstadt. Zbiornikiem wody do zawracania. Łódki dostarczały tu towar. Wywoziły stąd śmiecie. Materiały budowlane. Piaskowiec z Marchii Brandenburskiej. Wapień z Rüdersdorf. Berlin budowano, jak wiesz, od wody, z łodzi. Ale też odchody. Artykuły spożywcze. Węgiel. Materiały dla fabryk katunu, odlewień mosiądzu, wypalań cegieł i dla pierwszej w Berlinie fabryki nowego srebra. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A potem, pewnego dnia, nastąpił tu prawdziwy koniec świata. I nikomu już nie potrzebnie było zrozumienie go. Przez długie lata nad Basenem Anioła wyrósł zielony garb. W środku strefy śmierci. Basen wypełniony został gruzami po ostatnim bombardowaniu. Resztkami domów i życia sto tysięcych ludzi. Pogrzebane tu były też introligatornia dziadka W., pokoje dziecinne wesołych sióstr bliźniaczek, mojej przyszłej teściowej Eryki i ciotki Lizy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jeszcze wcześniej wszystko wyglądało jeszcze inaczej. Komisja budowlana pruskiego króla zarządzała w roku 1848 wykop kanału przez Luisenstadt według planów Lenné. Nowy kanał miał połączyć Landwehrkanal ze Szprewą. Powinien był odwadniać wilgotne pole Köpenickie, odprowadzić wodę z rynsztoków i sprzyjać rozwojowi przemysłu. Z portu Urbana wykopano w prostej linii przesiekę do Basenu Anioła, która potem eleganckim łukiem doprowadziła do górnej Szprewy. Kanał, szeroki na 20 metrów i głębokości dwumetrowej trudno spławny był. Zmieściły się w nim tylko wąskie łódki z Finow, tylko one podatne były do manewrowania po Basenie Anioła i skręcania prostym kątem dalej do Szprewy. Niesprzyjające warunki prądowe i odpływy z otaczających domów doprowadziły przede wszystkim latem do piekielnego smrodu. A przez rozwój kolei kanał tracił swoje znaczenie przewozowe. Królewski urząd dróg wodnych postanowił w końcu zlikwidować kanał jako drogę wodną. Zasypano przesiekę w roku 1926 wykopem z tunelu linii U-Bahnu Neukölln-Gesundbrunnen. Dla mieszkańców „wymęczonych wytężonej pracy codziennej“ z okolic ówczesny dyrektor ogrodów miasta Berlin, Erwin Barth, zaplanował ogrody specjalne. Ogród dalii, ogród goryczek, ogród narcyzów, ogród róż. Ogród wiecznie zielony. Hinduski ogród z kobiecą Buddą. Ogród bzu. Basen Anioła miał zostać zbiornikiem wód, uchwałą magistratu, miał być przemieniony na basen pływacki dla Berlińczyków. Parafianie Św. Michała mocno protestowali - jak to, tysiące półnagich, z radości i zachwytu piszczących dzieci z rodzicami przed samym kościołem? Protest ich poskutkował. Zbiornik przekształcił się po namiętnych dyskusjach na jeziorko łabędzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesienią po naszej przeprowadzki ciężarówki z Rüdersdorf pospiesznie wszystko wywoziły, co pół wieku temu spowodowało, że z jeziorko łabędzie przekształcił się na wzgórek alpejski. I co dosypano na niego jeszcze dziesięć lat temu. Resztki przemiany politycznej. Tygodniami obserwowałam pogłębiarki, które karmiły huczącą rozdrabniarkę, która kruszyła gruzy wojenne i resztki muru na typowy brandenburski piasek. Ten sypał się na przyczepy cierpliwie czekających ciężarówek, które go potem zgodnie z obowiązkiem odwoziły do Rüdersdorf. Na placu budowy pojawiły się stare mury kanału. Prawie niezniszczone. Układy dawnych ścieżek. Miejsca dla ławek. Urząd powierzchni zielonej dzielnicy Mitte chciał przemienić uprzątnięty Basen Anioła na łatwą do pielęgnowania łączkę do leżakowania. Ale przyroda skutecznie broniła się przed niepotrzebną symplifikacją. Od pewnego dnia w grudniu wydostała się woda gruntowa na wierzch i stamtąd już nie dała się wypędzić. Robotnicy mieli mokre nogi i nosili kalosze. Zmartwychwstały zbiornik ogrodzono prowizorycznie na zimę. A ciężarówki, które dotychczas pustymi przyczepami wracały z Rüdersdorf, odładowały świeżą ziemię rośliną i żwir dookoła basenu. Pod słońcem wiosennym wybuja tu wegetacja podzwrotnikowa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Minęły lata. Co jakiś czas trzeba wyczyścić stare mury kanału z nowych graffiti. Pnącze powoli zachwaści ceglane mury. Po stronie północnej do dziś stoją płoty kratowe. Mur po stronie kościoła był zniszczony i nie został zrekonstruowany. Tak samo jak brodzik. Urząd dzielnicy Mitte nie ma na to pieniędzy. Zanim polecieliśmy do Japonii, młodzi ludzie nagle zaczęli wycinać wysokie chwasty pod murem północnym. Łopatą przerzucali resztki gruzów. I pewnego dnia w listopadzie przed zrujnowanym murem stały trzy kontenery na budowę. Sąsiadka stwierdziła, że powstaje kawiarnia. Marszczyły nam się czoła. Niedowierzająco. Pakowało nam się walizki. I odjechaliśmy taksówką na lotnisko Tegel. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kawiarnia przy Basenie Anioła tymczasem jest otwarta. Kontenery zostały pomalowane czerwienią murów z cegieł wypalanych. Nie do poznania. Nad zniszczonym brodzikiem leżą grube deski drewniane. Nad nimi siedzą przechodnie, rodziny, odludki, dezerterzy z Kreuzberg, z dziećmi lub bez, popołudniami nad wodą w słońcu. Płaskie kamienne płyty bezpiecznie odprowadzają gości po nierównej ziemi po obu stronach kawiarni. W nocy są oświetlone. Pomysł odważnych studentów sztuki pięknej. Przypuszczamy. Kiedy po raz pierwszy, jeszcze przed Wielkanocą, jeszcze pełno aseptycznych pokoi wewnętrznych w duszach, wypiliśmy tam lampkę wytrawnego wina.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111308165743119447?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111308165743119447/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111308165743119447' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111308165743119447'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111308165743119447'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/basen-anioa.html' title='Basen Anioła'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111308160142494030</id><published>2005-04-09T23:19:00.000+02:00</published><updated>2005-04-19T00:00:52.513+02:00</updated><title type='text'>Język</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Język sprzeciwia się. &lt;br /&gt;Słowa. Zdania. Pytania. Odpowiedzi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W poniedziałku wielkanocnym siedzieliśmy w Altefähr w zimnym słońcu przy Sund. Rzepa długo jeszcze nie rozkwitnie. Pierwsza wycieczka rowerami. Pierwszy nie zamglony dzień. Nigdy w Japonii nikt nie wlepił we mnie oczy tak nieprzyjaźnie jak ludzie w stralsundzkim supermarkecie w sobotę Wielkanocnej. Tylko dlatego, że nosze inne buty. Stwierdzam uparcie. I że stawiam inne pytania. Czy dostanę, proszę panią, świeży chrzan? Wiatr jest ostry jak szabla samuraja. &lt;br /&gt;- Co robilibyśmy inaczej - nagle pyta W. – gdybyśmy jeszcze raz pojechali do Japonii? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śnił mi się język niemiecki. Był on rzeczą. Nieforemną bryłą. Brzękającym zimnym tworzeniem. Miał twarde kanty. Spiczaste rogi. Nieokrzesane krawędzi. Był pozbawiony ozdób i barw. Jak wnętrze naszego japońskiego mieszkania: w nijakim beżu. Był nieprzezroczysty, nieprzystępny a jednocześnie strasznie obraźliwy. Obudziłam się. Wszystkie kości bolały. Patrzyłam na sufit. Odkryłam spleśniały róg. Po stronie nawietrznej. Wilgotny klimat nad wodą. Ostra zima i ani żywej duszy. W mieszkaniu. Która by tu spała. Ogrzewała. Wywietrzyła. Wchodzę więc na drabinę i sprzątam octem. Wiadomości z jakiejś północnej stacji informacyjnej powtarzają się na okrągło. Przez calutki dzień. Co kwadrans. W sobotę i niedzielę. Bezbarwna dokładność języka niemieckiego. Z wyjątkiem dziesięciu minut dziennie. Nad Bałtykiem od godziny 19:50 do 20:00. „Ohrenbär“ (miś do uszy). Historie radiowe dla małych. Nasz rytuał infantylny. Nie ma to nic wspólnego z Japonią. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze raz do Japonii? Z zebranymi przesądami i niepokojami? Z rutyną już robić zakupy w sklepie, gdzie wszystko kosztuje 100 Yen, w Kasumi i na straganie z warzywami przed instytutem? Bez żadnej skargi jechać rowerem po lewej stronie ulicy? Musiałabym się nauczyć poważnie japońskiego. Stwierdzam uparcie. Szukałabym sobie dobrego nauczyciela w Berlinie. Faceta! Powiedzieli, że słychać, której płci był nauczyciel każdego cudzoziemca. Mężczyźni, którzy brali lekcje u kobiety, od razu uchodzą za geje. Bo mówią po babsku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Washington Dulles czekał na mnie prawnuk brata mojej bohaterki powieściowej. Mówił bezbłędnie dialektem berneńskim. Ja jąkałam się swoim dialektem z Liestal. Jak Boeing w turbulencjach powietrznych nad kontynentem. Opowiadał, że miał 14 lat, jak go przenieśli z Konolfingen do New Holland. Że było mu dość trudno. W szkole. Na początku nic nie zrozumiał. Że było mu o wiele gorzej. Jak po półroczu zaczął rozumieć. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nic zrobilibyśmy inaczej. Powiem i jadę do Berlina. W U-Bahn, na stacjach, na malutkim ekranie, pod podaniem minut, które trzeba przeczekać na następny pociąg, leciało zawiadomienie: „BVG opłakuje Andreasa von Arnim“. Bez końca. Jak północnoniemiecka armata precyzyjna. Przez całutkie dni robocze i świąteczne. Ktokolwiek był ten von Arnim, BVG na pewno nie jest żadnym Clemensem von Brentano. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W mieszkaniu pod Archaniołem umiera papież. Trzy dni przed śmiercią już mówili o nim w czasie przeszłym. Usłyszałam zdanie niemieckiej dziennikarki, że w młodości uprawiał sport. Dlatego umieranie trwa teraz długo. Przełączam na BBC. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Język sprzeciwia się. Nawet niemocie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111308160142494030?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111308160142494030/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111308160142494030' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111308160142494030'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111308160142494030'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/jzyk.html' title='Język'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111272087917229404</id><published>2005-04-05T19:07:00.000+02:00</published><updated>2005-04-11T17:06:05.686+02:00</updated><title type='text'>Mieszkanie</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mieszkanie sprzeciwia się. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Weszłam przez drzwi wejściowe i książki prawie na miejscu zatłukły mnie na śmierć. Broch. Platon. Brecht ... Upuściłam torbę z laptopem i uciekałam z wąskiego korytarza. Na stole w kuchni czekała róża na długiej łodydze. I uścisk W. Witam w Berlinie. Po dwóch godzinach dopiero udało mi się odkręcić kran w łazience. I zmyć drobny pył z palców. Po tygodniu dopiero udało mi się rozpakować walizkę. Pokój z pianinem wyglądał jak zwał bagażowy. Pierwsze pranie trwało wiecznie. Pralka w Tsukuba załatwiała wszystko w czystych 40 minutach, czasami nawet w 28. Prała od trzech do dziesięciu minutach. Wirowała od dziecięciu minutach do sześćdziesięciu sekundach. Między jednym a drugim ciągnęła wodę. I odpompowała. Na koniec dmuchała wesołą piosenkę przez aseptyczny apartament. Bielizna rozszerzyła się podczas dwóch zimowych miesiącach japońskich. Jak brzemienna ostryga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Godzinami roznosiłam laptopa z jednego pokoju do drugiego. Codziennie na nowo. Aż cały tabun koni trojańskich TR/Lowzones.A tętnia w nim kopytami. Kara za jednookiego konia. Teraz piszę na starych komputerach. Poddaję się im i połączeniom kablowym. Podziwiam ich monstrualność. Są odporne na nowoczesny nawóz koński. Tygodniami unikam biurka swojego. I półmetrowego stosu listów. Otwieranie każdej koperty zajmuje mi dwie bezsenne noce przed pełnią. Znalazłam jedną jedyną ważną wiadomość. Całą resztę wrzuciłam do kosza. Zmarła Pani Antonina, u której tyle lat mieszkałam w Warszawie. Kara za stół z powyłamywanymi nogami. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczęłam robić porządki. Panicznie. Chciałam się pozbyć wszystkiego. Stołów. Krzeseł. Filiżanek. Talerzy. Ścian. Sufitów. Betonu. Sztucznego materiału. Imitacji drewna. Och, popatrz, co ja tu mam. Strzeliła mi do głowy. Tam, gdzie najmniej oczekiwałam taką myśl. Wrzątkiem. W łazience. Lodowato. Za lodówką. Wzbudzający wstręt. W szufladzie na skarpetki. Nic nie jest mi potrzebne z tego wszystkiego, o czym zapomniałam podczas trzech miesięcy. Najchętniej bym zlikwidowała mieszkanie. Wyrwała je z katastru. Do licha! By nareszcie złapać tchu, wynosiłam płaszcze zimowe do pralni chemicznej. Sprzątałam balkon. Wyrzuciłam suchą ziemię do zsypu. I wszystkie doniczki. Gliniane. Podstawki szklane. Doniczki ceramiczne. Pojechałam do Stralsundu. Myłam okna i wysegregowałam koszule męża. Po śmierci człowieka najlepiej zrobić porządek. W życiu. I w szafach. Wróciłam i wiem. Nie będę w tym roku sadzić żadnych kwiatów. Na balkonie pod Archaniołem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mieszkanie sprzeciwia się. W dalszym ciągu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111272087917229404?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111272087917229404/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111272087917229404' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111272087917229404'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111272087917229404'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/mieszkanie.html' title='Mieszkanie'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111270589725536132</id><published>2005-04-05T14:57:00.000+02:00</published><updated>2005-04-11T17:01:37.326+02:00</updated><title type='text'>Sen</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sen sprzeciwia się. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Godzinami. Tygodniami. Całymi dniami. Budzę się o trzeciej nad ranem. Patrzę przez szparę w zasłonach z żółtego jedwabiu w czarne okna sąsiednich bloków orwellowskich. Nie przespane noce spędzam w NRD. Oszołomione popołudnie na balkonie w obliczu zniszczonej podczas wojny architektury Schinkela z czerwonych cegieł wypalanych. Przed szóstą nie uda mi się zasnąć z powrotem. Dwie noce czuwałam nad chrapaniem W. Potem wyjechał na rozpoczęcie semestru do Stralsundu. I ja leże sama, przeczekam jaśniejące godziny. Otwartymi ustami. W łóżku. Księżyca przybywa na niebie. Serce wali w środku. Żołądek, wątroba, nerki, żółć, pęcherz, jelita stronią od buntu w żyłach. Opuszczają ciało. Stają się przezroczyste. Znikają bulgocąc. W Atlantyku. W Pacyfiku. W Morzu Japońskim. Skóra głowy rozkłada się na szum lotu. Każda myśl wytwarza własną smugę kondensacyjną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak zwarte było natomiast przybycie na Maui. Po styczniu i lutym spędzonymi w Japonii. Gdzie przeżyłam słoneczną zimę jak nigdy dotąd w swoim życiu. Przelecieliśmy granicę datowania. I przyjęła nas wyspa w Pacyfiku. W niedzielę przed południem. Kahului. Silne wiatry. Najstarszy dom towarowy stał w płomieniach. Wieczorem zapadłam błyskawicznie. W bezdenny sen. Było już jasne, jak obudził mnie okropny hałas. Trzaskanie helikoptera. Chciałam je odpędzić. Jak dokuczliwą muchę. Ręka trafiła w ramię W. &lt;br /&gt;- Gdzie jesteśmy? – zapytałam.&lt;br /&gt;- Still on Planet Earth – odparł i spokojnie spał dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Berlin. Od razu pierwszego ranka pojechałam na Piękną Górę na ćwiczenie Tai Chi. Spociłam się przy najmniejszym wysiłku. Zawroty głowy i obcość. Nie miałam żadnego czucia w piętach. W łokciach. Pysk tygrysa. Nic nie pamiętam. M. proponowała mi na drugi dzień lekcję osobną. Przyjęłam z wdzięcznością. Miałam nadzieję, że ruchy mnie środkują. Jak kod klawiaturowy środkuje tytuł nad dokumentem Word-a. Winda była zepsuta. Weszłam zdyszana na piąte piętro. Serce w nocy rzucało się szalenie. Byłam sama. Od trzech miesięcy po raz pierwszy byłam sama- W nocy. W moim mieszkaniu. Pod Archaniołem. Wgapiłam się w niebo nad NRD. Zbudzone w nie-czasie zmysły zaostrzają sumienie. Moralna kategoria, która zupełnie obca jest Azjatkom. Serce łoskocze. Jak podczas wejście z krateru. Z żelazistego dołu wulkanu. Pod skwarnym słońcu popołudniowym. Mogłabym umrzeć. Rozumiem teraz. W nocy. Czuwając. Sama. Po powrocie na adres zameldowania. W porządek stałego pobytu. Bez ruchu. Wspomnienie wzburza krew. Miałam objawy zatrucia. Przez kilka dni metalowy smak na języku. Plamy na skórze. Oparzenia na karku. Bóle głowy. Kaszel. Traciłam oddech, jak tylko się zatrzymałam. By złapać tchu. I napić się wody. W drodze powrotnej na krawędź krateru. Do świata zewnętrznej. Na prawie 3000 metry nad Oceanem Spokojnym. Podczas drugiego dnia na wyspie. Z Japonią na płucach. I dziurą czasową w głowie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sen sprzeciwia się. Jeszcze na długo.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111270589725536132?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111270589725536132/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111270589725536132' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111270589725536132'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111270589725536132'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/sen.html' title='Sen'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111255785691735725</id><published>2005-04-03T21:50:00.000+02:00</published><updated>2005-04-11T12:34:23.256+02:00</updated><title type='text'>Luisenstadt</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Luise z Mecklenburg-Strelitz wyszła za przyszłego króla Fryderyka Wilhelma III. z samej miłości. Była dobroczynną królową i naród ją kochał. W roku 1802 przedmieście Köpenick na prośbę jej mieszkańców dostała nazwę „Luisenstadt“ – miasto Luizy. Rozwiało się w dziewiętnastym wieku do prosperującego centrum rzemieślników. Produkowali oni we specjalizowanych zakładach i małych fabrykach lampy, wyroby z metalu (od armatur dla wody i pary do szafy pancernej), silniki (m.in. wężownicę), maszyny rolnicze, maszyny do pisania, szkła, kryształy, konfekcje, maszyny do szycia, futra, wyroby szmuklerskie i skórzane, artykuły elektryczne, płyty gramofonowe, instrumenty muzyczne (od zwykłej piszczałki do słynnego fortepianu Bechsteina), zabawki, wyroby z papieru ale też sztuczny lód, pierze pościelowe i syrenę akordową. W połowie wieku zbudowano według planów Lenné sztuczny kanał, tak zwany „Luisenstädtischer Kanal“, jako drogę wodną pomiędzy „Landwehrkanal“ a Szprewą. Ciągnął się w prostej linii z portu Urbana do Basenu Anioła, gdzie zakręcił w prawo i prowadził eleganckim łukiem pod mostem Schillinga do Szprewy. Fryderyk Wilhelm IV., mądry syn pięknej królowej Luizy, dał zezwolenie na budowę drugiego w Berlinie kościoła katolickiego. Ze Śląska i Pomorza napływało dużo ludzi wyznaniem katolickiego - a w mieście znajdował się tylko jeden katolicki kościół, kościół Św. Jadwigi na placu Bebla. Katolików było około 20 000, w tym 3 000 żołnierzy z prowincji nadreńskich. Fryderyk Wilhelm IV rozumiał dobrze, że dając swoim żołnierzom i nowym osiedleńcom miejsce do modlitwy, może oczekiwać od nich spełnienia wszystkich obowiązków. Świątynia według jego życzeń miała wyglądać jak wenecki San Salvatore. Patrona dla nowego Domu Bożego również wybrał protestancki król Fryderyk Wilhelm IV, zdecydował się na archanioła Michała, który rzekomo jest patronem wszystkich rzemieślników pracujących w mieście Luizy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozbiór miasta Luizy nastąpił długo przed powstaniem muru berlińskiego. W roku 1920 założono nową gminę miejską Wielki Berlin. Sądząc z powierzchni był wtedy największym miastem świata. A licząc mieszkańców, to w tamtym czasie tylko w Nowym Yorku i w Londynie mieszkało więcej ludzi niż w nowo powstałym mieście nad Szprewą. Po reformie dzielnic, „Luisenstadt“ zniknęło z mapy miasta, południową i wschodnią część dołączono do nowej dzielnicy Hallesches Tor, w roku 1921 przemianowana na Kreuzberg, a mniejszą, północną część dołączono do dzielnicy Mitte.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3 lutego 1945 roku 937 amerykańskich bombowców zrzuciło w piękny biały dzień w ciągu półtorej godziny swój śmiercionośny ładunek nad już nie istniejącym na mapach mieście Luizy. 100 000 ludzie utraciło swój dom, między innymi moja dziś siwowłosa teściowa Erika i jej siostra bliźniaczka Elisabeth. Tylko anioł na dzwonnicy przetrwał cały i nietknięty. Mimo że uchylił się od obowiązków. Po wojnie sypano wszystkie gruzy do otwartego basenu przed kościołem, pod archaniołem stróżem i jego rozpostrzeżonymi skrzydłami i rękami. Podział miasta na cztery mocarstwa świata rozstrzygnął los „Luisenstadt“ na amen: część Kreuzberska przydzielono do Zachodu, basen Anioła do Wschodu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z rumowiska porosła soczysta trawa, a NRD-owcy zbudowali na dziwnie garbatej, pięknie wybujałej łące strażnicę z betonu. Był to świetny punkt strategiczny.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111255785691735725?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111255785691735725/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111255785691735725' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111255785691735725'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111255785691735725'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/luisenstadt_03.html' title='Luisenstadt'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111255766154242163</id><published>2005-04-03T21:47:00.000+02:00</published><updated>2005-04-10T12:22:10.733+02:00</updated><title type='text'>Powrót</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nikt mi nie powiedział, jak to będzie. Po powrocie. Po dwóch miesiącach w Japonii i pół miesiąca w Stanach Zjednoczonych. Wracać. Do kraju. Do miasta. Do ulicy. &lt;br /&gt;Odnaleźć się z powrotem pod adresem zameldowania. Trafić na tak zwany tytuł pobytowy. &lt;br /&gt;Posiadam nieograniczone zezwolenie na pobyt. I mieszkanie. W tym kraju.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podczas lotu z Frankfurtu do Berlina, po bezsennie spędzonej nocy nad Atlantykiem, zjawiła się pierwsza rzecz nad chmurami: stuletnie pianino marki „Geister &amp; Schwabe” z Legnicy. Posiadam pianino! Przez prawie trzy miesiące nie poświęciłam mu ani jednej myśli. Palce nie odczuwały braku ani na moment. Pianino z Legnicy czeka w mieszkaniu pod aniołem! Ponieważ drzwi były za wąskie a okna za małe, dostałem je w kawałkach. Mroźnego popołudnia lutowego. Restaurator starych fortepianów popędzał tragarzy. Szybko, powtarzał, szybko wnieście wszystko. Dno rezonansowe oddzielone od reszty. Klawiatura. Listwa oporowa młotków. Stół klawiatury. Boczne obudowy. Z uchwytami. Części dla mnie nie do rozeznania. Potem ich zwolnił. Nic więcej nie mogli zrobić. Ja też nie. Klepał młotkiem. Wsuwał to i owo. Sprawnymi ruchami. Zakręcił raz chyba tylko śrubkę. Klepał. Cały czas klepał. Bił. Kuł. Gładził. Ciepłymi palcami. Drewno pracuje. Mówił zdyszany. Zawsze. Drewno nigdy nie umiera. I zawsze przeżywa zmianę. Temperatury. Wilgotności powietrza. Nastroju. Uspokoił się po godzinie. Zaczął nawlekać klawisze. Po następnej godzinie wróciła mu dawna wesołość. Pożegnał się. Niech pani gra. Jak najwięcej. Pianino musi się przyzwyczaić. Sąsiedzi, uśmiechał się chytrze, niech się wyprowadzają. Niech pani gra. Niech je pani sobie dogrywa. Udomawia. Oswaja. Będzie się rozstrajać. Musi pani wytrzymać. Fałszywe tony. Krzywe modulacje. Wariacje Goldberga. Musi się rozstroić. To jest znak, że żyje. Że przywołuje duszę. Z innych pomieszczeń. Że nastąpi wcielenie. Musi pani wytrzymać, koniecznie. Przez miesiąc, lepiej dwa. Aż skończy się sezon ogrzewczy. Najlepiej. Nalegał. I obiecał&lt;br /&gt;- Potem nastroję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z Frankfurtu dzwoniłam do W. Był wesoły. Ja gderliwa. Już wiedział, że samolot z Washington Dulles lądował punktualnie. Z internetu. Lądowaliśmy z opóźnieniem. Obstałam. Przynajmniej dwudziestu minut. Nie dali mi spać. Hinduskie dzieci płakały przez całą noc. Obok mnie bez przerwy gadali amerykański i malajski dentysta. Oglądali zwiększone zdjęcia spróchniałych zębów. Odłożyłam słuchawkę i zadałam sobie pytanie, po co dzwonię do męża. Jak internet wszystko mu już zdradził. A dopiero potem zdziwiłam się, skąd się brała kartka telefoniczna z Niemieckiej Telekom w torbie ręcznej. Automatycznie sięgnęłam po nią. Automatycznie wyciągnęłam. Automatycznie włożyłam do automatu. Przestraszyłam się. Stałam się lunatyczką japońską!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111255766154242163?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111255766154242163/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111255766154242163' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111255766154242163'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111255766154242163'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/powrt.html' title='Powrót'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-11846410.post-111255758577706619</id><published>2005-04-03T21:45:00.000+02:00</published><updated>2005-04-10T12:20:03.743+02:00</updated><title type='text'>Pod Archaniołem</title><content type='html'>.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od kilku lat mieszkamy na wysokim parterze jedenastopiętrowego bloku z płyt nrd-owskich w samym środku Berlina. Zbudowanego w roku Orwella, czyli w 1984. Mur Berliński niezachwianie wtedy torował drogę przez miasta. Szedł z Stallschreiberstraße na przełaj do Basenu Anioła, okrążył go, pogrzebał w strefie śmierci, i nie bocząc z Engeldamm prowadził do mostu Schillinga. Ruina kościoła św. Michała stała w cieniu betonowej strażnicy. &lt;br /&gt;Po wojnie poprawiono nawę poprzeczną i prezbiterium. Odprawiają do dziś msze święte w dawnej nawie poprzecznej, która teraz służy jako nawa środkowa okaleczonego kościoła. Zmieniono kierunek, w którym się modli - kiedyś wierni klęczeli w kierunku północy, a teraz zachodu. Zawsze tu było sporo Polaków. Więc w niedzielę wieczorem ksiądz odprawia nabożeństwo w języku polskim. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W. zawsze mieszkał na Wedding. Przed murem, podczas muru u po murze. Ja znam miasto tylko bez muru. Przez dłuższy czas przebywałam przy innych końców świata. Do Berlina przeprowadziłam się ze Wschodu, z Warszawy. Długo po upadku muru. Objawił mi się mur. Wczesnym latem 1999. Kiedy po raz pierwszy stałam przed dzwonnicą kościoła św. Michała. Pod nietkniętym Archaniołem Michale. Na młodej trawie. W środku szybko według historycznych planów zrekonstruowanego parku. Kiedy po raz pierwszy widziałam nasze nowe mieszkanie z zewnątrz. Wtedy odczuwałam mur. Na skórze. Na karku. I pod podeszwą. Stał przede mną. Istni. Prawdziwy. Podzielił błyskawicznie pole widzenia. Dobranie słów. Po tamtej stronie. Powiedział W. Był zachód. Kreuzberg. Nie są to strony świata słońca lub księżyca. A pod ziemią. Ciągnął dalej. Pędził U-Bahn bez zatrzymania się. A na powierzchni ziemi granica. W środku miasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sąsiedzi z czwartego piętra już spojrzeć mogli na tamtą stronę. Przez mur, przez strefę śmierci, zasypany basen anioła, strażnicę, instalacje samostrzałowe, posterunki, owczarki. I zobaczyć kuchnie Turczynek z Kreuzbergu. I powąchać kuchenne opary tłuszczu, stygnących na ich włosach. Pod chustą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasz anioł domowy, Archanioł Michał jest patronem Narodu Niemieckiego, Kościoła Katolickiego, żołnierzy, aptekarzy, cechmistrzów, fabrykantów wag, kupców, piekarzy, pracowników bankowych, tokarzy, szklarzy, malarzy, fachowców od odbiorników radiowych, rycerzy, szewców, złotników, odlewników cyny, odlewników ołowiu, ale również biednych dusz i umierających, stoi na warcie przed cmentarzami, dba o dobrą śmierć dla każdego i chroni przed burzą. Przypuszczam, że ostatnią noc spędził w Rzymu. I pomógł Papieżowi. Dziś wieczorem znowu ksiądz odprawia mszę świętą w języku polskim.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/11846410-111255758577706619?l=podaniolem.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://podaniolem.blogspot.com/feeds/111255758577706619/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=11846410&amp;postID=111255758577706619' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111255758577706619'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/11846410/posts/default/111255758577706619'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://podaniolem.blogspot.com/2005/04/pod-archanioem.html' title='Pod Archaniołem'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
